- Hejka!
- Hm? – odwróciłam głowę.
- Jestem Kwiatuszek. Kwiat Kwiatuszek.
Po prawej stronie w jednym z korytarzy
znajdowała się rozświetlona „łączka”. Ta jednak nie była tak kwiecista jak ta,
która złagodziła mój upadek. Na tej znajdował się tylko jeden.. kwiat… Ten,
który właśnie do mnie mówił..
- Koleżanko! Zapomniałaś języka w buzi?
- Em..! Oh, przepraszam. – zmieszałam się –
Witaj.. Ja jestem Michalina…
Coś
jest nie tak.
- „Michalina”, hm..? Śliczne imię, dla
takiej małej zbłąkanej dziewczynki jak Ty…
- N-nie jestem dziewczynką..! M-mam już
prawie 17 lat..!
Za
pół roku.
- Hahaha.. No tak.. To już prawie pannica. –
Kwiatuszek przechylił rozbawiony swoją główkę. – Więc... spadłaś tu z Powierzchni?
- „Powierzchni”.. Tak.. Chyba tak.. Jestem z
zewnątrz jeśli o to chodzi.
- Oh, wiec pewnie nie znasz zasad,
panujących, tu, w Podziemiu… Podejdź bliżej, koleżanko..
Miśka…
- Nie… Jakich zasad…? – przykucnęłam przy
kwiatku.
- Spokojnie… Są wyjątkowo proste… - w jednej
sekundzie pnącza Kwiatuszka wyrosły spod ziemi krusząc glebę. Zdążyłam się
szybko podnieść z kucków i cofnąć parę kroków, ale szybko straciłam równowagę i
upadłam na tyłek.
- Są tak proste, że nawet taka idiotka jak
Ty, szybko je załapie! – Kwiatuszek warknął uśmiechając się szeroko. Jego wyraz... „twarzy”.. całkowicie się zmienił. Na jego główce widać było czarne
wlepiające się we mnie oczy, a uśmiech wykrzywił się złowrogo błyskając rzędami
ostrych kłów. Wyrósł spod ziemi i teraz jego łodyga wiła się niespokojnie w
towarzystwie kilku pnączy wychodzących z niej. Nabity kolcami, dwumetrowy
„Kwiatuszek” pochylił się nade mną i otworzył swą paszcze, niebezpiecznie
zbliżając do mnie swoje potworze pnącza.
- ZABIJAJ ALBO GIŃ – wycharczał mi prosto w
twarz, a jego pnącza rzuciły się w moją stronę.
Szybko zgramoliłam się ziemi i
przeczołgałam-przeskoczyłam obok, unikając ataku Kwiatuszka.
- Sprytnie… - wysyczał przerażającym głosem
– Nie czekasz na śmierć..? Nie możesz uciekać w nieskończoność!
Właśnie!
Nie słyszałaś go?! „Zabijaj albo giń!”
- N-nie… - podniosłam się – Nie mogę go zabić…
- Takie to uroczeee…. Kolejna ofiara z
kodeksem moralnym w serduszku… Pozwól, że je rozerwę! – kolejne pnącza ruszyły
w moją stronę. Szybko odskoczyłam upadając znów na ziemię. Starłam sobie dłonie
i kolana.
- Ajć.. Szczypie… - syknęłam do siebie, gdy
Kwiatuszek wyciągał swoje pnącza z skały.
Zabij
go! Inaczej on zabije nas!
- Śmierć w taki sposób byłaby jakimś
rozwiązaniem, co nie..? – mruknęłam do Nan. Kwiatuszek spojrzał na mnie
badawczo.
- Ah.. Czyli to „coś” jest Twoje? – zasyczał
szyderczo.
- S-słucham…? – podniosłam się lekko drżąc
od bólu.
- To „coś”, co lata koło Ciebie. –
szarpnieciem wyrwał swoje macki z ściany i nastroszył wokół siebie. – Myślałem,
że to tylko jakiś durny duch się do Ciebie przyczepił.. Ale widzę, że macie
kontakt… Żałosne… Nikt REALNY nie chciał się z Tobą bawić?
Okej.
Wkurwia mnie. Teraz to musisz go zabić.
- T-ty.. Ty ją widzisz…?
- Oh, koleżanko. Nie bądź taka zdziwiona.
Wszak to świat potworów! Tutaj dostrzegamy coś więcej niż czubek własnego nosa.
Nieprzyzwyczajona do takiego towarzystwa..? – zaśmiał się złośliwie.
Zamilkłam.
Ale.. Cóż…
Ma rację.
Jestem… „nieprzyzwyczajona”….
- Bez znaczenia! Nie zdążysz się przestawić!
– jego pnącza wypuściły w moją stronę pociski. Odskoczyłam, unikając ich, gdy
nagle poczułam szarpnięcie. Oh! To były kolce… Rzucił we mnie swoimi kolcami!
Jeden z nich szarpnął moją koszulkę i przygwoździł mnie za nią do ściany.
- Nie sądziłam, że kwiatki są takie twarde….
– próbowałam wyrwać się z pułapki, ale materiał nie chciał się drzeć.
- Zaraz się przekonasz… - Kwiatuszek wysunął
jedno ze swoich pnączy, które było najeżone kolcami. – Skoro przebiłem kamień,
to Twoje serce nie będzie wyzwaniem.
Ty
wstrętny chwaście! Zostaw nas w spokoju!
- Bleeeh – wytknął język do Nan – i co mi
zrobisz? – widziałam tylko jak Nan zaciska szpony wpatrując się w Kwiatuszka,
gdy ten zamachnął się swoim pnączem w moją stronę. Zacisnęłam oczy.
Oh.. To nic… Nie boję się… Nawet pewnie nie
poczuję….
Czekałam na cios..
- Hej! – usłyszałam jakiś kobiecy głos i
automatycznie otworzyłam oczy.
- Hm? – Kwiatuszek odwrócił się, gdy kula
energii uderzyła w jego twarz. Wypadł z korzeniami z ziemi, a jego pnącza
zaczęły się kurczyć i znikać w łodydze. Sam wrócił do poprzedniego wyglądu i
leżał teraz pod ścianą. Wszystkie kolce wbite w ziemię i ścianę obróciły się w
pył, łącznie z tym, który przygwoździł mnie do skały. W bluzce była tylko
dziura. Twardy materiał…
Wszystko
w porząd..?!
- Oh co za ohydna kreatura atakująca
niewinne młode! – spojrzałam na źródło głosu. Wysoka kozio-podobna humanoidalna
kobieta przyklękła przy mnie i złapała mnie za ramiona. Wow... Poczułam się niska…
Na klęczkach była mojego wzrostu. – Nic ci nie jest…?
- Nie.. Ja… Wszystko w porządku…
- Twoje dłonie! – Spojrzała na moje
obdrapane ręce – Nie wierzę, że nawet w ruinach są wciąż istoty, które ranią
innych dla zabawy! – oburzyła się. Spojrzałyśmy w stronę mojego oprawcy. Zdążyłam tylko zauważyć jak z wściekłym wyrazem twarzy zapada się pod ziemię. – Chodź, ze mną, opatrzę Cię. – wstała i
podała mi dłoń.
Trochę się zawahałam… Po ostatnich
przeżyciach…
- Oh! Wybacz.. Nawet się nie przedstawiłam..
– dotknęła zawstydzona swojego długiego, koziego ucha. – Jestem Toriel.
Opiekunka i Strażniczka Ruin. Przychodzę tu, sprawdzić, czy ktoś z zewnątrz nie
spadł.. I.. Oto jesteś! – uśmiechnęła się przesympatycznie. Jeszcze raz
wyciągnęła do mnie wielką, owłosioną łapę. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Mam na imię Michalina… - chwyciłam jej
dłoń. Miała takie miękkie futerko…
- Więc Michalino, pozwól, że oprowadzę Cię
po Ruinach – uśmiechnęła się.
- Z chęcią – odwzajemniłam, a kozia-pani
poprowadziła mnie w stronę kolejnej bramy. Ta była równie duża co ostatnia,
którą mijałam, ale za nią widziałam, że błyskają się jakieś światła. Obejrzałam
się na Nan. Była tuż za mną. Uniosła tylko brew, jakby próbując przekazać mi
nieme „Kto wie co się wydarzy”, więc uśmiechnęłam się. Przekroczyłam próg bramy
wraz z Toriel, gdy nagle usłyszałam za sobą głuchy huk. Zamarłam.
- Oh drogie dziecko, nic ci nie jest? –
Toriel puściła moją dłoń i skierowała się ku jakieś postaci leżącej przy
bramie.
- Nan..?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz