czwartek, 25 maja 2017

Rozdział II - Hejka

- Hejka!
- Hm? – odwróciłam głowę.
- Jestem Kwiatuszek. Kwiat Kwiatuszek.
Po prawej stronie w jednym z korytarzy znajdowała się rozświetlona „łączka”. Ta jednak nie była tak kwiecista jak ta, która złagodziła mój upadek. Na tej znajdował się tylko jeden.. kwiat… Ten, który właśnie do mnie mówił..
- Koleżanko! Zapomniałaś języka w buzi?
- Em..! Oh, przepraszam. – zmieszałam się – Witaj.. Ja jestem Michalina…
Coś jest nie tak.
- „Michalina”, hm..? Śliczne imię, dla takiej małej zbłąkanej dziewczynki jak Ty…
- N-nie jestem dziewczynką..! M-mam już prawie 17 lat..!
Za pół roku.
- Hahaha.. No tak.. To już prawie pannica. – Kwiatuszek przechylił rozbawiony swoją główkę. – Więc... spadłaś tu z Powierzchni?
- „Powierzchni”.. Tak.. Chyba tak.. Jestem z zewnątrz jeśli o to chodzi.
- Oh, wiec pewnie nie znasz zasad, panujących, tu, w Podziemiu… Podejdź bliżej, koleżanko..
Miśka…
- Nie… Jakich zasad…? – przykucnęłam przy kwiatku.
- Spokojnie… Są wyjątkowo proste… - w jednej sekundzie pnącza Kwiatuszka wyrosły spod ziemi krusząc glebę. Zdążyłam się szybko podnieść z kucków i cofnąć parę kroków, ale szybko straciłam równowagę i upadłam na tyłek.
- Są tak proste, że nawet taka idiotka jak Ty, szybko je załapie! – Kwiatuszek warknął uśmiechając się szeroko. Jego wyraz... „twarzy”.. całkowicie się zmienił. Na jego główce widać było czarne wlepiające się we mnie oczy, a uśmiech wykrzywił się złowrogo błyskając rzędami ostrych kłów. Wyrósł spod ziemi i teraz jego łodyga wiła się niespokojnie w towarzystwie kilku pnączy wychodzących z niej. Nabity kolcami, dwumetrowy „Kwiatuszek” pochylił się nade mną i otworzył swą paszcze, niebezpiecznie zbliżając do mnie swoje potworze pnącza.

- ZABIJAJ ALBO GIŃ – wycharczał mi prosto w twarz, a jego pnącza rzuciły się w moją stronę.
Szybko zgramoliłam się ziemi i przeczołgałam-przeskoczyłam obok, unikając ataku Kwiatuszka.
- Sprytnie… - wysyczał przerażającym głosem – Nie czekasz na śmierć..? Nie możesz uciekać w nieskończoność!
Właśnie! Nie słyszałaś go?! „Zabijaj albo giń!”
- N-nie… - podniosłam się – Nie mogę go zabić…
- Takie to uroczeee…. Kolejna ofiara z kodeksem moralnym w serduszku… Pozwól, że je rozerwę! – kolejne pnącza ruszyły w moją stronę. Szybko odskoczyłam upadając znów na ziemię. Starłam sobie dłonie i kolana.
- Ajć.. Szczypie… - syknęłam do siebie, gdy Kwiatuszek wyciągał swoje pnącza z skały.
Zabij go! Inaczej on zabije nas!
- Śmierć w taki sposób byłaby jakimś rozwiązaniem, co nie..? – mruknęłam do Nan. Kwiatuszek spojrzał na mnie badawczo.
- Ah.. Czyli to „coś” jest Twoje? – zasyczał szyderczo.
- S-słucham…? – podniosłam się lekko drżąc od bólu.
- To „coś”, co lata koło Ciebie. – szarpnieciem wyrwał swoje macki z ściany i nastroszył wokół siebie. – Myślałem, że to tylko jakiś durny duch się do Ciebie przyczepił.. Ale widzę, że macie kontakt… Żałosne… Nikt REALNY nie chciał się z Tobą bawić?
Okej. Wkurwia mnie. Teraz to musisz go zabić.
- T-ty.. Ty ją widzisz…?
- Oh, koleżanko. Nie bądź taka zdziwiona. Wszak to świat potworów! Tutaj dostrzegamy coś więcej niż czubek własnego nosa. Nieprzyzwyczajona do takiego towarzystwa..? – zaśmiał się złośliwie.
Zamilkłam.
Ale.. Cóż…
Ma rację.
Jestem… „nieprzyzwyczajona”….
- Bez znaczenia! Nie zdążysz się przestawić! – jego pnącza wypuściły w moją stronę pociski. Odskoczyłam, unikając ich, gdy nagle poczułam szarpnięcie. Oh! To były kolce… Rzucił we mnie swoimi kolcami! Jeden z nich szarpnął moją koszulkę i przygwoździł mnie za nią do ściany.
- Nie sądziłam, że kwiatki są takie twarde…. – próbowałam wyrwać się z pułapki, ale materiał nie chciał się drzeć.
- Zaraz się przekonasz… - Kwiatuszek wysunął jedno ze swoich pnączy, które było najeżone kolcami. – Skoro przebiłem kamień, to Twoje serce nie będzie wyzwaniem.
Ty wstrętny chwaście! Zostaw nas w spokoju!
- Bleeeh – wytknął język do Nan – i co mi zrobisz? – widziałam tylko jak Nan zaciska szpony wpatrując się w Kwiatuszka, gdy ten zamachnął się swoim pnączem w moją stronę. Zacisnęłam oczy.
Oh.. To nic… Nie boję się… Nawet pewnie nie poczuję….
Czekałam na cios..
- Hej! – usłyszałam jakiś kobiecy głos i automatycznie otworzyłam oczy.
- Hm? – Kwiatuszek odwrócił się, gdy kula energii uderzyła w jego twarz. Wypadł z korzeniami z ziemi, a jego pnącza zaczęły się kurczyć i znikać w łodydze. Sam wrócił do poprzedniego wyglądu i leżał teraz pod ścianą. Wszystkie kolce wbite w ziemię i ścianę obróciły się w pył, łącznie z tym, który przygwoździł mnie do skały. W bluzce była tylko dziura. Twardy materiał…
Wszystko w porząd..?!
- Oh co za ohydna kreatura atakująca niewinne młode! – spojrzałam na źródło głosu. Wysoka kozio-podobna humanoidalna kobieta przyklękła przy mnie i złapała mnie za ramiona. Wow... Poczułam się niska… Na klęczkach była mojego wzrostu. – Nic ci nie jest…?
- Nie.. Ja… Wszystko w porządku…
- Twoje dłonie! – Spojrzała na moje obdrapane ręce – Nie wierzę, że nawet w ruinach są wciąż istoty, które ranią innych dla zabawy! – oburzyła się. Spojrzałyśmy w stronę mojego oprawcy. Zdążyłam tylko zauważyć jak z wściekłym wyrazem twarzy zapada się pod ziemię. – Chodź, ze mną, opatrzę Cię. – wstała i podała mi dłoń.
Trochę się zawahałam… Po ostatnich przeżyciach…
- Oh! Wybacz.. Nawet się nie przedstawiłam.. – dotknęła zawstydzona swojego długiego, koziego ucha. – Jestem Toriel. Opiekunka i Strażniczka Ruin. Przychodzę tu, sprawdzić, czy ktoś z zewnątrz nie spadł.. I.. Oto jesteś! – uśmiechnęła się przesympatycznie. Jeszcze raz wyciągnęła do mnie wielką, owłosioną łapę. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Mam na imię Michalina… - chwyciłam jej dłoń. Miała takie miękkie futerko…
- Więc Michalino, pozwól, że oprowadzę Cię po Ruinach – uśmiechnęła się.
- Z chęcią – odwzajemniłam, a kozia-pani poprowadziła mnie w stronę kolejnej bramy. Ta była równie duża co ostatnia, którą mijałam, ale za nią widziałam, że błyskają się jakieś światła. Obejrzałam się na Nan. Była tuż za mną. Uniosła tylko brew, jakby próbując przekazać mi nieme „Kto wie co się wydarzy”, więc uśmiechnęłam się. Przekroczyłam próg bramy wraz z Toriel, gdy nagle usłyszałam za sobą głuchy huk. Zamarłam.
- Oh drogie dziecko, nic ci nie jest? – Toriel puściła moją dłoń i skierowała się ku jakieś postaci leżącej przy bramie.

- Nan..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz