- W Podziemiu jest dużo zagadek. My,
potwory, uwielbiamy zagadki! Żeby bezpiecznie przemieszczać się po Ruinach
musisz umieć sobie z nimi radzić. – humanoidalna kozica rozwiązywała właśnie na
naszych oczach kolejne pułapki. Przemieszczała się po układankach jak gdyby
znała je na pamięć. Cóż… najprawdopodobniej tak było. Ja nadal miałam problem,
żeby to ogarnąć. Nan bystro przyglądała się poczynaniom przewodniczki.
- No dobrze, moje maleństwa… Teraz zobaczymy
jak mnie słuchałyście. – weszłyśmy do kolejnego pomieszczenia.
Ruiny były całkiem przyjemne. Otoczona
ciepłym blaskiem pochodni i tutejszymi roślinami, przez chwilę zapomniałam, że znajdujemy
się pare metrów pod ziemią.
Również i to pomieszczenie, do którego
właśnie weszłyśmy nie wyglądało wrogo. Doryckie kolumny podtrzymujące
sklepienie w pewien sposób ozdabiały to miejsce, mimo widocznych śladów upływu
czasu na materiale.
- Żeby przejść tą zagadkę, musicie
przełączyć odpowiednie włączniki. Żeby było wam łatwiej zaznaczyłam te, o które
chodzi. – Toriel stanęła na końcu pokoju, czyli jakieś dziesięć metrów od nas..
- Okej.. zobaczmy… - mruknęłam pod nosem i
podeszłam do przełączników. Nan towarzyszyła mi niczym cień. Z lekkim wahaniem
przełączyłam wajchę zaznaczaną przez Strażniczkę strzałką. Rozejrzałam się w
obawie, ze uruchomiłam jakąś pułapkę, ale gdy nic się nie stało, ruszyłam do
kolejnej grupy włączników za kolumną. Tam również uruchomiłam odpowiednią i
nabrawszy pewności, że jestem bezpieczna, przełączyłam resztę zaznaczonych
włączniczków. Nan tylko uważnie obserwowała moje poczynania towarzysząc mi krok
w krok. Dziwnie było czuć jej realność przy sobie.
Skończywszy stanęłyśmy przed kozią panią.
Uśmiechnęła się zadowolona.
- Jestem taka dumna! Widać, ze słuchałyście
uważnie!
- W zasadzie to nie było takie trudne…
praktycznie podałaś nam odpowiedzi… - odważyłam się odezwać.
- Hm… Dobrze więc. – uniosła brew – Kolejne
zadanie będzie bardziej wymagające. Chodźcie. – uśmiechnęła się przebiegle i
podreptałyśmy za nią do kolejnego pomieszczenia. – Zamknijcie oczy - rozkazała.
Wykonałyśmy jej polecenie.
- Więc, dziewczynki… musicie po prostu same
przejść ten korytarz – usłyszałam jej oddalający się głos – Będę czekać na
końcu. Policzcie do 50 i otwórzcie oczy.
Liczyłam.
- … 44… 45… 46… 47… 48… 49… 50..! –
wykrzyknęłam po dłuższym czasie. Zdjęłam dłonie z oczu i spojrzałam na Nan.
Otworzyła przymknięte oczy i spojrzała na mnie bez żadnego wyrazu. Jej twarz
była kompletnie pozbawiona wszelkich emocji. Za to emocje, które ja czułam na
jej widok… Różnobarwna paleta. To wciąż było dla mnie nierealne… -
Skończyłaś liczyć w tym samym momencie co ja?
- Nie liczyłam. Słuchałam Cię.
- A-ahm… Idziemy? – wyciągnęłam do niej
dłoń. Złapała za nią i ruszyłyśmy przed siebie oświetlonym przez pochodnie
korytarzem.
Było strasznie cicho i spokojnie. Ta cisza
mnie przerażała. Absolutnie nic się nie działo. Sama wpędzałam się w
najczarniejsze myśli. Rozglądałam się niespokojnie, reagując na każdy ruszający
się cień, który w ruch wprawiał płomienie. Zerknęłam na Nan. Niewzruszona parła
do przodu. Poczułam podziw do jej spokoju.
Zbliżałyśmy się już do końca pomieszczenia,
gdy za ostatniej kolumny wychyliła się znajoma kozica.
- Toriel! – puściłam przyjaciółkę i rzuciłam
się w kierunku kobiety. Ta z ciepłym uśmiechem odwzajemniła uścisk i rozłożyła
szerzej ramiona obejmując też Nan. Poczułam jakbym znów miała 7 lat.. i nikt z obecnych nie dawał mi sygnałów, że to źle!
- Bardzo dobrze moje małe! Jestem z was
dumna – wyraz jej pyszczka nie ukrywał wzruszenia. – No to skoro jesteście
takie dzielne, to chyba mogę was tu na trochę zostawić, hm? – roześmiała się na
widok wyrazu mojej twarzy, automatycznie zmarszczyłam brwi i zacisnęłam usta –
Niedługo wrócę dzieciątka.. Czekajcie tu na mnie! – wstała – Aha! – zawróciła
po chwili i wyciągnęła coś z połaci swego płaszcza – Macie, to jest telefon
komórkowy. Poczekaj.. tylko wbije wam swój numer i…
- Po co ci dodatkowa komórka? – wyraz głosu
mojej przyjaciółki był jakoś dziwnie wyprany z emocji. Dopiero teraz zaczęło
mnie to głębiej zastanawiać.
- Oh.. ja… em… po prostu mam zapasową –
zaśmiała się nerwowo w odpowiedzi i podała mi komórkę. Spojrzałam na Toriel, a
ona pomachała nam na do-widzenia i pospiesznie się oddaliła, krzycząc jeszcze
przez ramię, żebyśmy tu na nią poczekały.
Znikła za rogiem.
Usiadłam po turecku na ziemi i zaczęłam
oglądać komórkę.
- Chyba żartujesz. – odezwała się Nan.
- Hm? – podniosłam na nią wzrok.
- Nie będziemy tu siedzieć i bezczynnie
czekać. – wyciągnęła dłoń w moim kierunku.
- Ale Toriel…
- Wstawaj – ponagliła. Chwyciłam ją i
podciągnęła mnie, żebym wstała.
- To… gdzie chcesz iść…?
- Przed siebie – ruszyła, a ja podreptałam
grzecznie za nią, chowając podarunek do kieszeni spodni.
Wędrowałyśmy dłuższą chwilę po murach Ruin. Było
tu wiele ciekawej, zabytkowej architektury mocno wypaczonej przez ząb czasu.
Gdzieniegdzie potrafiłam dostrzec jakieś napisy w niezrozumiałym języku. A może
po prostu były tak zatarte…? O dziwo żyło tu dużo roślin. Najwięcej dziwnie wykręconych krzewów, najczęściej łysych. Rdzawe liście układały się przy ich pniach niczym ozdobne
dywany. Trafiłyśmy do pomieszczenia, w którym były cukierki w wielkiej misie. Od czasu do
czasu wplątałyśmy się w jakąś pajęczynę. Podłoga była tu bardzo niestabilna.
Gdy pierwszy raz zapadła się pode mną, myślałam, że Nan dostanie zawału. Ale na
szczęście upadłam na kupę liści. Po chwili spadanie do podziemnych korytarzy na rdzawe stosy stało się naszą zabawą. Zaczęłyśmy się śmiać i rzucać liśćmi w
siebie.
- Mam nadzieję, że nie zniszczyłyśmy
czyjegoś domku rozwalając te stosy!
- Masz na myśli jakieś pająki albo
szczypawki? – zaśmiała się moja przyjaciółka i rzuciła się w jednej chwili na
mnie, wbijając mi palce pod zebra. W odpowiedzi zaczęłam piszczeć i rzucać się
po liściach, a ona śmiała się nie przerywając tortur. – Czyżbyś nie lubiła
szczypawek? Szczypu, szczypu, szczyp hahahaha!
- Nan..! Nan..! Hahahaha! o Boże, przestań,
Nan.. hahaha! – nie mogłam złapać tchu.
- Hahaha, wreszcie mogę cię dotknąć, muszę
to wykorzystać… - przerwała i spojrzała na mnie zadowolona. Podniosłam na nią
wzrok lekko dysząc. Uśmiechnęłam się też i zaczęłam śmiać.
- To cud! Cud! Cud! Jesteś! Naprawdę..! –
rzuciłam się na nią i upadłyśmy w liście. Leżałyśmy na plecach, wgapiając się w
dziurę w suficie, przez którą przed chwilą wpadłyśmy.
- Wątpiłaś kiedyś w moje istnienie..? –
zaśmiała się gorzko.
- Hah.. no wiesz… czasami zastanawiałam się…
-.. czy nie jesteś walnięta? Po co mi to
mówisz, skoro znam cię na wylot.. mieszkałam w Tobie! – dźgnęła mnie znowu w
żebro podśmiechując się.
- No weź! To zabrzmiało obrzydliwie i
dwuznacznie! – pisnęłam również ją dźgając.
Zaśmiałyśmy się obie.
Chwyciłam garść liści, które miałam pod ręką
i podrzuciłam je do góry. Z liśćmi na moją twarz upadła czerwona, wyblakła
wstążka.
- Hm..? – podniosłam się i chwyciłam ją w
dłonie. Moja towarzyszka również usiadła i spojrzała na moje znalezisko.
- Wygląda na… ludzką… - chwyciła ją w szpony
i powąchała – Eh.. przeszła liśćmi i wilgocią…
- Myślisz, że od dawna tu leży..? Ciężko ją
było zauważyć w tym stosie…
- Nie wiem… ale trochę mnie to.. niepokoi…
Co się stało z jej właścicielką…?
Zamilkłam nie wiedząc co odpowiedzieć.
Chciałam zażartować, że może to był właściciel, ale szczerze mówiąc, przez
podejrzenia Nan, nie było mi teraz do śmiechu… Spojrzałam na wstążkę. Była
ewidentnie zerwana… na jej środku wciąż widniała rozwalona kokarda. Brudne
plany w okolicy przerwania świadczyły o brutalności jej zdjęcia. Dźwignęłyśmy
się z liści w milczeniu. Spojrzałyśmy po sobie.
W końcu to świat… potworów…
W końcu to świat… potworów…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz