czwartek, 25 maja 2017

Rozdział III - Namacalne

Nie wierzyłam własnym oczom. W słabym blasku oddalonych od nas źródeł światła dostrzegłam zarys jakieś sylwetki. Toriel właśnie pomagała wstać tej wysokiej, chudej postaci. Wciąż była niższa od koziej-pani, ale mnie przewyższała o głowę. Była naga, a jej długie poplątane jasno-popielate włosy okalały jej ramiona. Nogi lekko jej zadrżały jakby miała upaść, ale Toriel ją podtrzymała.
- Dziecko, wszystko w porządku? Skąd się tu wzięłaś..?
- Nan…? – zrobiłam krok w ich stronę, a dziewczyna otworzyła oczy. Były małe, świdrujące, czarne. Takie jak wcześniej, tylko teraz… materialne.. jak cała ona… Była… Po prostu była..
- Więc to takie uczucie mieć ciało, co…? Do bani… - kolana znów jej zadrżały, więc Toriel obięła ją ramieniem.
- Z-znacie się tak..? – spytała potworzyca, a ja z trudem odciągnęłam wzrok od mojej przyjaciółki i spojrzałam na nią.
- T-tak.. Ja.. O Mój Boże… Ja nie rozumiem… - złapałam się za głowę. – Przecież.. Ty… Nan.. – podeszłam do niej i dotknęłam jej rąk. Nienaturalnie długie palce zacisnęły się na moich, teraz śmiesznie małych, rączkach.
- Czy to miejsce.. ma jakieś.. magiczne właściwości..? – Nan zwróciła się do Toriel wciąż trzymając moje dłonie. Jak widać potrafiła zachować trzeźwy umysł w tej sytuacji.. W przeciwieństwie do mnie…
- T-tak.. Ta brama… Jest wejściem do naszego świata. Świata potworów. Takim oficjalnym… M-ma właściwości lecznicze.. Wyzwalające.. I.. Oh! Nie.. nie rozumiem co się właśnie stało.. Jak żyję pierwszy raz widzę coś takiego i.. i nie mogę się w tym odnaleźć… W ogóle… Co..?
Myślę, że jednak trybiki myślowe Toriel były w jeszcze gorszym stanie niż moje.
- Ja… Bo.. widzi Pani.. – zaczęłam – Nan.. czyli.. ona.. jest.. to znaczy.. była.. em.. moją… wymyśloną przyjaciółką.. – spojrzałam w dół czując jak beznadziejnie to brzmi, gdy mówię to na głos. Wzięłam wdech i kontynuowałam, czując jak pieką mnie policzki - … ja... ją stworzyłam.. w głowie… i… tylko ja ją widziałam…  słyszałam… ona… nie była prawdziwa..! – prawie krzyknęłam, czując jak z niewiadomych przyczyn łzy cisną mi się do oczu – Nigdy..! A teraz... jest… I... też nie rozumiem… - przerwałam. Nie wiedziałam co mogłam więcej powiedzieć. Słone krople wody znalazły wyjście na świat i zdradziły moje uczucia wypełzając na twarz. Chlipnęłam cicho próbując się uspokoić, ale… Nawet w sumie do końca nie wiedziałam dlaczego płaczę! Ah.. to było takie beznadziejne…
Nastała cisza. Pogłębiająca jeszcze to jak bardzo koszmarnie się czułam. W gardle miałam ogromną gulę, a w głowie huczało mi od myśli.
Nagle poczułam... miękko… ciepło…
- No już, już, malutka…. – Toriel przytuliła mnie mocno i głaskała po głowie. Pachniała.. ciastem… domem… Zachciało mi się jeszcze bardziej płakać… - Nie przejmuj się. Nic złego się nie stało. To chyba nawet dobrze, prawda maleństwo..? Skoro jest Twoją przyjaciółką..? – odsunęła się ode mnie i spojrzała na mnie – Już, już.. – powtórzyła i wielką, futrzastą łapą otarła moje łzy. Przytaknęłam i spojrzałam niepewnie na Nan.
- Jak Ty się cieszysz to i ja – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pokrzepiająco. Miała skrzyżowane dłonie na piersi. Uzmysłowiłam sobie, że przecież jest naga!
- Nan! Nie jest ci zimno?! – krzyknęłam.
- Zimno..? – spojrzała na mnie zdziwiona, a po chwili przejechała szponami po swoich ramionach. – Nie wiem… Chyba…?
- Oh.. Mam jakieś ubrania w domu.. Ale to kawałek stąd…
- Masz. – ściągnęłam koszulkę. Pod spodem i tak miałam biustonosz sportowy, a szerokie dresy zakrywały mi co trzeba. – Lepiej żebyśmy obie półnagie, niż ty cała…
Nan naciągnęła na siebie mój T-shirt, który na niej wisiał. Zakrywał to i owo, ale… wciąż nie miała nic na „dół”.
- Eh. Jebać.. – mruknęła
- Co to za język?! – oburzyła się Toriel.
- Wybacz za nią – pogłaskałam kozią panią po ramieniu – I eh.. to jest problem, Nan.. teraz jesteś… człowiekiem.. Tak myślę… Nie wypada chodzić z całym kino-bambino na wierzchu… - Starałam się nie patrzeć tam.. ale szczerze ciekawiło mnie jakiej jest płci.. Zawsze traktowałam ją raczej jako… byt… i zwracałam się do niej jak do kobiety… ale nie potrafiłam jej sobie wyobrazić jako ludzką.. „dziewczynkę”…. albo „chłopaka”..? Chyba była… „dziewczynką”…? Boże! Jakie to wszystko jest cholernie dziwne! Tylko obecność koziej pani powstrzymywała mnie, żeby nie przekląć na głos, dla wyładowania emocji.
- Rany, co za problem. Daj mi swoje majtki. – wzruszyła ramionami Nan. Przeszedł mnie dreszcz. Toriel wyraźnie się zmieszała.
- N-nan… Nie oddam ci swojej.. bielizny… M-musiałabym zdjąć spodnie… I..
- Grr. To nie wiem! – wyglądała wyraźnie na wkurzoną. Ta sytuacja też była dla niej nowa. Widać, że wszystko ją frustrowało.
- Ja mam bandaż… - zamyśliła się Toriel. Wysłałyśmy jej tylko zdziwione spojrzenia, a ona wyciągnęła zawiniątko białego materiału – Możemy je obwiązać wokół twoich nóg i… Jest go dość sporo, może robić prowizorycznie za spodnie…
Nan podniosła bluzkę do góry.
- Zrób to.
Wyraz twarzy kobiety wyglądał identycznie jak mój.
- M-maleństwo… Ja.. em.. Myślę, że powinnaś sama to zrobić… Przynajmniej na początku… - zaśmiała się nerwowo i podała jej bandaż odwracając wzrok.
Moja przyjaciółka wzięła go i trzymając koszulkę z zębach zaczęła obwiązywać swoje biodra. Toriel odwróciła się ze mną, by nie przyglądać się roznegliżowanej dziewczynie.
- Przepraszam.. za nią.. Jest.. bardzo nietutejsza… - odezwałam się do strażniczki Ruin.
- Oh.. nic nie szkodzi, moje dziecko.. Już na nie takie dziwactwa widziałam... Sama byłam matką dwójki dzieci... Więc, wierz mi... dzieciaki lubią często pokazywać swoje… „kino-bambino”..? Tak to nazwałaś..? – zaśmiała się.
- Ugh.. tak.. heh.. takie głupie powiedzonko… Em… no właśnie.. dzieci robią takie rzeczy.. Nan nie wygląda jak  dziecko.. Chyba nim nie jest.. Na pewno nim nie jest. Znam ją.. Jest często dojrzalsza ode mnie…
- Maleństwo.. jeśli to co mówisz jest prawdą.. to skoro do tej pory nie posiadała ciała… może być od Ciebie dojrzalsza psychicznie… na pewno nie fizycznie… Jeśli chodzi o ciało i wszystko z nim związane to.. dopiero raczkuje, tak..?
- No… Chyba masz rację.. Znaczy, pani ma rację, znaczy.. przepraszam..!
- Nic nie szkodzi haha, przecież mówiłam, jestem Toriel, nie „pani Toriel” – zaśmiałyśmy się obie, gdyż wypowiedziała to śmiesznym tonem wytykając język. Była strasznie pogodna.
- Emm. Miśka. – Nan przerwała nasz chichot. – Chodź mi pomóc. – Obwiązała już całe biodra i jedną nogę. Wskazała na końcówkę materiału na drugim udzie. Nie wiedziała jak zakończyć. Klęknęłam i zrobiłam dziwną kokardkę, jednocześnie mocując bandaż tak by nie spadł.
- Nie za ciasno?
- Nie. Jest ok. – Nan patrzyła się na Toriel, która myślami była nieobecna.
- Gotowe? – kobieta spojrzała się na nas z uśmiechem – To idziemy. Oto Ruiny!

 



































- STOP! – krzyknęła Nan. Odwróciłyśmy się zdziwione – Najpierw wracam się dobić Kwiatuszka.
- O Boże, Nan wracaj! – pociągnęłam ją w stronę Ruin.


Rozdział II - Hejka

- Hejka!
- Hm? – odwróciłam głowę.
- Jestem Kwiatuszek. Kwiat Kwiatuszek.
Po prawej stronie w jednym z korytarzy znajdowała się rozświetlona „łączka”. Ta jednak nie była tak kwiecista jak ta, która złagodziła mój upadek. Na tej znajdował się tylko jeden.. kwiat… Ten, który właśnie do mnie mówił..
- Koleżanko! Zapomniałaś języka w buzi?
- Em..! Oh, przepraszam. – zmieszałam się – Witaj.. Ja jestem Michalina…
Coś jest nie tak.
- „Michalina”, hm..? Śliczne imię, dla takiej małej zbłąkanej dziewczynki jak Ty…
- N-nie jestem dziewczynką..! M-mam już prawie 17 lat..!
Za pół roku.
- Hahaha.. No tak.. To już prawie pannica. – Kwiatuszek przechylił rozbawiony swoją główkę. – Więc... spadłaś tu z Powierzchni?
- „Powierzchni”.. Tak.. Chyba tak.. Jestem z zewnątrz jeśli o to chodzi.
- Oh, wiec pewnie nie znasz zasad, panujących, tu, w Podziemiu… Podejdź bliżej, koleżanko..
Miśka…
- Nie… Jakich zasad…? – przykucnęłam przy kwiatku.
- Spokojnie… Są wyjątkowo proste… - w jednej sekundzie pnącza Kwiatuszka wyrosły spod ziemi krusząc glebę. Zdążyłam się szybko podnieść z kucków i cofnąć parę kroków, ale szybko straciłam równowagę i upadłam na tyłek.
- Są tak proste, że nawet taka idiotka jak Ty, szybko je załapie! – Kwiatuszek warknął uśmiechając się szeroko. Jego wyraz... „twarzy”.. całkowicie się zmienił. Na jego główce widać było czarne wlepiające się we mnie oczy, a uśmiech wykrzywił się złowrogo błyskając rzędami ostrych kłów. Wyrósł spod ziemi i teraz jego łodyga wiła się niespokojnie w towarzystwie kilku pnączy wychodzących z niej. Nabity kolcami, dwumetrowy „Kwiatuszek” pochylił się nade mną i otworzył swą paszcze, niebezpiecznie zbliżając do mnie swoje potworze pnącza.

- ZABIJAJ ALBO GIŃ – wycharczał mi prosto w twarz, a jego pnącza rzuciły się w moją stronę.
Szybko zgramoliłam się ziemi i przeczołgałam-przeskoczyłam obok, unikając ataku Kwiatuszka.
- Sprytnie… - wysyczał przerażającym głosem – Nie czekasz na śmierć..? Nie możesz uciekać w nieskończoność!
Właśnie! Nie słyszałaś go?! „Zabijaj albo giń!”
- N-nie… - podniosłam się – Nie mogę go zabić…
- Takie to uroczeee…. Kolejna ofiara z kodeksem moralnym w serduszku… Pozwól, że je rozerwę! – kolejne pnącza ruszyły w moją stronę. Szybko odskoczyłam upadając znów na ziemię. Starłam sobie dłonie i kolana.
- Ajć.. Szczypie… - syknęłam do siebie, gdy Kwiatuszek wyciągał swoje pnącza z skały.
Zabij go! Inaczej on zabije nas!
- Śmierć w taki sposób byłaby jakimś rozwiązaniem, co nie..? – mruknęłam do Nan. Kwiatuszek spojrzał na mnie badawczo.
- Ah.. Czyli to „coś” jest Twoje? – zasyczał szyderczo.
- S-słucham…? – podniosłam się lekko drżąc od bólu.
- To „coś”, co lata koło Ciebie. – szarpnieciem wyrwał swoje macki z ściany i nastroszył wokół siebie. – Myślałem, że to tylko jakiś durny duch się do Ciebie przyczepił.. Ale widzę, że macie kontakt… Żałosne… Nikt REALNY nie chciał się z Tobą bawić?
Okej. Wkurwia mnie. Teraz to musisz go zabić.
- T-ty.. Ty ją widzisz…?
- Oh, koleżanko. Nie bądź taka zdziwiona. Wszak to świat potworów! Tutaj dostrzegamy coś więcej niż czubek własnego nosa. Nieprzyzwyczajona do takiego towarzystwa..? – zaśmiał się złośliwie.
Zamilkłam.
Ale.. Cóż…
Ma rację.
Jestem… „nieprzyzwyczajona”….
- Bez znaczenia! Nie zdążysz się przestawić! – jego pnącza wypuściły w moją stronę pociski. Odskoczyłam, unikając ich, gdy nagle poczułam szarpnięcie. Oh! To były kolce… Rzucił we mnie swoimi kolcami! Jeden z nich szarpnął moją koszulkę i przygwoździł mnie za nią do ściany.
- Nie sądziłam, że kwiatki są takie twarde…. – próbowałam wyrwać się z pułapki, ale materiał nie chciał się drzeć.
- Zaraz się przekonasz… - Kwiatuszek wysunął jedno ze swoich pnączy, które było najeżone kolcami. – Skoro przebiłem kamień, to Twoje serce nie będzie wyzwaniem.
Ty wstrętny chwaście! Zostaw nas w spokoju!
- Bleeeh – wytknął język do Nan – i co mi zrobisz? – widziałam tylko jak Nan zaciska szpony wpatrując się w Kwiatuszka, gdy ten zamachnął się swoim pnączem w moją stronę. Zacisnęłam oczy.
Oh.. To nic… Nie boję się… Nawet pewnie nie poczuję….
Czekałam na cios..
- Hej! – usłyszałam jakiś kobiecy głos i automatycznie otworzyłam oczy.
- Hm? – Kwiatuszek odwrócił się, gdy kula energii uderzyła w jego twarz. Wypadł z korzeniami z ziemi, a jego pnącza zaczęły się kurczyć i znikać w łodydze. Sam wrócił do poprzedniego wyglądu i leżał teraz pod ścianą. Wszystkie kolce wbite w ziemię i ścianę obróciły się w pył, łącznie z tym, który przygwoździł mnie do skały. W bluzce była tylko dziura. Twardy materiał…
Wszystko w porząd..?!
- Oh co za ohydna kreatura atakująca niewinne młode! – spojrzałam na źródło głosu. Wysoka kozio-podobna humanoidalna kobieta przyklękła przy mnie i złapała mnie za ramiona. Wow... Poczułam się niska… Na klęczkach była mojego wzrostu. – Nic ci nie jest…?
- Nie.. Ja… Wszystko w porządku…
- Twoje dłonie! – Spojrzała na moje obdrapane ręce – Nie wierzę, że nawet w ruinach są wciąż istoty, które ranią innych dla zabawy! – oburzyła się. Spojrzałyśmy w stronę mojego oprawcy. Zdążyłam tylko zauważyć jak z wściekłym wyrazem twarzy zapada się pod ziemię. – Chodź, ze mną, opatrzę Cię. – wstała i podała mi dłoń.
Trochę się zawahałam… Po ostatnich przeżyciach…
- Oh! Wybacz.. Nawet się nie przedstawiłam.. – dotknęła zawstydzona swojego długiego, koziego ucha. – Jestem Toriel. Opiekunka i Strażniczka Ruin. Przychodzę tu, sprawdzić, czy ktoś z zewnątrz nie spadł.. I.. Oto jesteś! – uśmiechnęła się przesympatycznie. Jeszcze raz wyciągnęła do mnie wielką, owłosioną łapę. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Mam na imię Michalina… - chwyciłam jej dłoń. Miała takie miękkie futerko…
- Więc Michalino, pozwól, że oprowadzę Cię po Ruinach – uśmiechnęła się.
- Z chęcią – odwzajemniłam, a kozia-pani poprowadziła mnie w stronę kolejnej bramy. Ta była równie duża co ostatnia, którą mijałam, ale za nią widziałam, że błyskają się jakieś światła. Obejrzałam się na Nan. Była tuż za mną. Uniosła tylko brew, jakby próbując przekazać mi nieme „Kto wie co się wydarzy”, więc uśmiechnęłam się. Przekroczyłam próg bramy wraz z Toriel, gdy nagle usłyszałam za sobą głuchy huk. Zamarłam.
- Oh drogie dziecko, nic ci nie jest? – Toriel puściła moją dłoń i skierowała się ku jakieś postaci leżącej przy bramie.

- Nan..?

Rozdział I - Poznajmy się

- Mmmm… - przetarłam pięścią twarz. Oczy miałam wciąż pogrążone w śnie. Rozbudziły mnie ciepłe promienie słoneczne padając
e na moją twarz prosto przez niewielki otwór w suficie.
Co..
Gdzie ja…
Ah. Już pamiętam…
Rozejrzałam się dookoła. Znajdowałam się w .. jaskini? Jedyne źródło światła to ta wyrwa w górnym sklepieniu. Był ranek..? Południe..? Południe. Słońce znajdowało się tuż nade mną. Zakręciło mnie w nosie..
- Apsik~! Oh… - jestem alergiczką.. a leżałam w gęstwinie żółtych kwiatów. To chyba one zamortyzowały upadek. Wow… Nigdy bym się nie spodziewała, że w takim miejscu jak to, może zakwitnąć jakiekolwiek życie… Rosły tylko w tym miejscu. Hm.. Pewnie dzięki wilgoci w tym miejscu i promieniom słonecznym udało im się tak cudownie poradzić w tym środowisku. Kwiaty były całkiem duże i naprawdę śliczne. Żółte płatki okalały mięciutki od pyłku środek. Ile ciekawych odcieni żółci…
- Apsik~! – moje kichnięcie poniosło się echem po ogromnej jamie. Wyrwało mnie to z nieistotnych rozmyślań i… Jak ja stąd wyjdę…?
Oh. Wreszcie zaczęłaś myśleć racjonalnie..
- Mmm… Ty też tu jesteś…
Jak mogłabym Cię zostawić, Skarbie?
Przed moją twarzą pojawiła się uśmiechnięta krzywo postać.
To.. To jest Nan. Moja… wymyślona przyjaciółka…
No..? Jakieś pomysły..? Spytała ponaglająco.
- Emm… Ja… Wiesz… skoro wpadłam przez dziurę.. To mogłabym się tam… tamtędy..?
Oh genialne! Więc wiesz co? Ja polecę i będę czekała na górze, co ty na to? Uśmiechnęła się i uniosła w stronę krateru, gdy już była na górze spojrzała na mnie zdziwiona. Coś nie tak, Skarbie? A.. no tak… Podleciała do mnie i krzyknęła: Nie umiesz latać! A skały są zbyt wilgotne i strome by się tam wspiąć. Dodała. Uh. Zacznij myśleć!
Odpowiedziałam jej kolejnym kichnięciem.
Na zdrowie…
- Ugh!… M-m-myślę..! Ale…  - rozejrzałam się bezradnie. Faktycznie jaskinia była ogromna.. Słychać było spadanie pojedynczych kropli wody i ich echo. Gdzieniegdzie utworzyły się kałuże i niewielkie zbiorniki wody. Na środku znajdowała się wspomniana „łączka”, z której już się wygramoliłam mając nadzieję, że to uśmierzy moje alergiczne objawy. Nie wiem czy potrafiłam dostrzec całą jaskinię. Jedynym źródłem światła był ten krater na górze. Nie byłam pewna czy to ściany są takie ciemne czy po prostu coś tam jeszcze jest, tylko pogrążone w mroku. Spojrzałam na Nan. Była pozbawiona dolnej części ciała. Od pasa w dół po prostu się rozpływała, niczym „duszek”… Czy.. coś…. Jej nienaturalne wydłużone ręce zakończone szponami zwisały wzdłuż jej ciała. Była lekko przygarbiona co tylko podkreślało jej i tak wystający kręgosłup. Była przeraźliwie chuda. Blada skóra było tylko naciągnięta na zdeformowane kości. Na jej podłużnej szarej twarzy znajdował się jakby wycięty otwór pozbawiony warg, ale pełniący rolę ust, wypełniony rzędem ostrych jak szpilki zębami. Praktycznie nie posiadała nosa. Jedynie w jego miejscu jej twarz była lekko wystająca, a nad ustami znajdowały się dwa małe otworki pełniące rolę nozdrzy. Jej oczy… Eh. Dwa małe głęboko osadzone w oczodołach węgielki świdrujące wszystko na wylot. Nie miała brwi. Nie miała rzęs. Ale miała włosy. Jasno-popielate kosmyki unosiły się wiecznie w powietrzu jak gdyby ich właścicielka znajdowała się pod wodą. Z tej gęstwiny wystawało dwoje, przymocowanych do czaszki, szpiczastych uszu. Bardzo wrażliwych na wszelkie dźwięki.
-A-apsik~!
Oh.. co za hałas.. Odejdź od tych kwiatów, bo zaraz rozniesiesz tą jaskinię.
- Przynajmniej pogrzebałoby nas żywcem – uśmiechnęłam się do niej. Odwzajemniła uśmiech i pokręciła głową. Zaczęła „pływać” w powietrzu (bo tak bym nazwała sposób w jaki się poruszała) w celu zbadania jaskini. Poszłam jej śladem.
Dlaczego Nan tak wygląda..? Cóż.. Nie jest to taki zły wygląd jak się ją widzi. Pewnie opis jest bardziej przerażający niż końcowy efekt. Myślę, że w rezultacie jest całkiem... znośna. Cóż, w sumie to dałam jej wolne pole do popisu, żeby sama wybrała sobie swój wygląd.
Tak, tak wiem, to wymyślona przyjaciółka, nie ma wolnej woli czy świadomości, ale.. Nan… Hm. Ciężko mi to określić… Ale mam wrażenie, ze naprawdę jest osobnym bytem.. Podejmuje sama decyzje, często wie o rzeczach, o których ja nie mam pojęcia.. Bardzo mi pomaga. To moja najlepsza przyjaciółka i…
Tu coś chyba jest.
- Hm? – odwróciłam się w jej stronę i podeszłam. Faktycznie w mroku ujrzałam jakąś bramę… Ale za jej progiem wydawało się jeszcze ciemniej. – Nie ma innej drogi..?
Przejrzałam całe pomieszczenie. To jedyne wyjście stąd.
- Skoro tak mówisz…
Złotko. Wiem to.
- No dobrze. Ale będziesz musiała mi pomóc w tych ciemnościach… Nie przeżyłabym gdybym wpadła twarzą.. w.. jakąś… p-pajęczynę…
No już, już, się tak nie zapowietrzaj. Musisz liczyć się z ryzykiem. Albo zostajemy tutaj. Jak chcesz. Śmierć głodowa nie jest przyjemna. Zamilkła w oczekiwaniu na moją odpowiedź. Ale ja też milczałam. Już raz to spieprzyłyśmy. Zaśmiała się. Chociaż spróbujmy zrobić coś dobrze. Skoro przeżyłaś to nie bez powodu. Po prostu znajdźmy stąd wyjście i potem zobaczymy, okej..? Wzięłam głęboki wdech.
- Może znajdziemy tu złoto…?
Co?
- No wiesz, opuszczona kopalnia i tak dalej… Znajdę złoto, wyjdę na powierzchnię i będę szczęśliwa…
Bogatsza. Zaśmiałam się.
- No tak. – wzięłam kolejne parę wdechów. – Dobra. Idziemy. – Zrobiłam krok w stronę bramy. Kolejny. – Ah! Bez ceregieli! – Przyśpieszyłam i pewnym krokiem ruszyłam w ciemność. Nan podążyła za mną.


Prolog

szybciej
Szybciej
SZYBCIEJ

Muszę. Biec. Szybciej.
Szybciej Skarbie, to nawet nic nie poczujesz… Postać w mojej głowie uśmiechnęła się szyderczo. 
Już niedługo. Niedługo to się skończy.

hOi~!


Jakiś czas temu natknęłam się w sieci na.. UNDERTALE :O
I.. oszalałam .. XD
Ten blog będzie zbiorem moich opowiadań, komiksów, obrazków..
Fandom Undertale jest.. różnorodny, delikatnie mówiąc... więc myślę, że i dla mnie znajdzie się miejsce ^^
Mam nadzieję, że przyjmiecie ciepło mnie i moje chore twory :D
Trzymam kciuki za to, że uda mi się skraść wasze serduszka <3