czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział VI - Bezpieczeństwo

- Aaa..! Szczypie.. – syknęłam, gdy Toriel przyłożyła jakąś dziwną maź do moich dłoni.
- Będzie boleć… - syknęła. – To moja wina, że zostawiłam was na tak długo same, ale.. wciąż jestem zła, że jednak mnie nie posłuchałyście..!
 Opuściłam zmieszana głowę. Wydusiłam tylko ciche przepraszam i Toriel dalej w milczeniu nakładała mi maź na dłonie.
Znajdowałyśmy się w jej łazience. Siedziałam na koszu z praniem koło zlewu, a kobieta opatrywała moje zadrapania martwiąc się, żeby nie wdało się jakieś zakażenie. Nan siedziała naprzeciwko nas na skraju wanny. Nie oszukujmy się, to nie były jakieś groźne rany. Ale oby dwie moje towarzyszki strasznie panikowały. Toriel wyjęła bandaż. Przycisnęła mi jakieś liście do posmarowanych maścią miejsc i obwinęła to wszystko bandażem żeby się trzymało.
- To mówisz, ze zaatakował was „żabol”?
- Wielki żabol, tak. – zachichotała na moje słowa – Ale chyba bardziej bał się nas, niż my jego.
- Na pewno.. – mruknęła Toriel wyraźnie już udobruchana – I upadłaś na ziemię gdy na Ciebie skoczył?
- Tak! W sensie.. nie na mnie, obok mnie. Był ogromny! A jak skakał to wszystko się trzęsło!
- Eh… Potrafią być uciążliwe.. – westchnęła… Macie szczęście, ze nie spotkałyście żadnego Kapryśniaczka.. One dopiero są… kłopotliwe…
- A jak wyglądają?
- Takie małe łatające istotki.. Gdy się wystraszą potrafią przywołać cały rój na pomoc.
- Można je jakoś pokonać? – Nan przerwała konwersację.
- Hm.. wiesz kochanie… Ja uważam, że zawsze najlepszym rozwiązaniem wszelkich starć jest rozmowa.. Naprawdę da się dotrzeć do każdego tym sposobem.. – odpowiedziała kobieta.
Spojrzałam na swoje stopy. Moje buty całe przemiękły. Nagle poczułam jak szczypią mnie kolana. Miałam wrażenie, że przykleiły się do spodni. Toriel podążyła za mną wzrokiem.
- Maleństwo, wszystko w porządku? Nie zdarłaś sobie też kolan..?
- C-co..? N-nie.. Ja tylko… em.. chyba przemiękły mi buty..! Boję się, że jak je zdejmę nogi mi będą śmierdzieć..! – palnęłam szybko. Kobieta wyglądała na zmieszaną, a po chwili się roześmiała.
- Jak chcecie możecie się tu wykąpać. Jesteś pewna, ze nie masz rannych nóg? Zakładam, że upadając zdarłaś też kolana.. – Miała mnie. Kurva.. co teraz.. Ja.. Nie mogę…
- Czy coś się pali? – moja przyjaciółka zaciągnęła się powietrzem. Kozica błyskawicznie wstała.
- Moje ciasto..! Ch-chwileczkę..! – wybiegła z prędkością światła – Poradźcie sobie chwilę beze mnie! Odświeżcie się! –krzyknęła biegnąc w stronę kuchni.
- No. – Nan wstała i zamknęła drzwi przekluczając w nich zamek – To teraz.. zdejmuj spodnie.
- C-co..?! N-nan..!! – krzyknęłam zawstydzona, a ona w odpowiedzi uniosła brew. Westchnęłam. Wiedziałam, że nie miała na myśli nic zbereźnego. Wzięłam kolejny głęboki wdech i ściągnęłam najpierw buty.. potem skarpetki… spodnie… Delikatnie musiałam odkleić je od zakrwawionych kolan. Dziewczyna klękła przede mną,  a ja usiadłam na koszu.
- Uuuu… Trochę się zababrało… - mruknęła patrząc na obdarte kolana. Następnie spojrzała na moje uda. A raczej... na mój sekret…
Mój powód, dla którego nie mogłam zdjąć spodni przy Toriel.
Ani przy nikim innym.
Mój błąd.
Moje dzieło.
Moja kara.
Moje blizny.
Dotknęła delikatnie szponem wybrzuszeń na skórze. Odwróciłam wzrok przygryzając dolną wargę i zamknęłam oczy. Czułam jak gromadzą mi się pod powiekami łzy. Dziewczyna westchnęła cicho.
- Przynajmniej nie ma żadnych świeżych… - mruknęła-Długo nie miałaś ataków...- chwyciła maść. W ciszy wsmarowywała ją w obdrapane kolana. Bolało jak cholera. Ale nawet nie syknęłam. Pare razy się skrzywiłam, ale… czułam już gorszy ból.
- Ej! Wariatko!
- Hm…? – tępy ból w czaszce i rozbrzmiewający śmiech. Zakrwawiony kamień upadł obok mnie. Oprawca podrzucał już drugi w dłoni.
- Powiedz swojej przyjacióóółce, żeby cię obroniła – widziałam jak się zamachnął, tym razem odsunęłaś się by uniknąć pocisku.
- O ty szmato! Stój grzecznie, gdy człowiek celuje! – krzyknęła dziewczyna obok niego
- N-nie będę znosiła waszych ciosów! – mój głos był piskliwszy niż zamierzałam.
- Ah, tak..? – chłopak zakasał rękaw i skierował stopy w moim kierunku – zobaczymy. Pchnął mnie na ziemię a wtedy... ja... moje dłonie same..
- Michalina! – realny głos wyrwał mnie z wspomnień.
- Hm? – spojrzałam na nią w dół. Zmarszczyła brwi. Poczułam jak po moich policzkach toczą się łzy. - Hah.. wybacz... zamyśliłam się... oczy mi wyschły... czy coś... - zaśmiałam się wycierając szybko twarz.
- Nie myśl o tym teraz. Jesteś tu. Ze mną. Bezpieczna
Zaśmiałam się w odpowiedzi. Poczułam jak kolejne łzy spływają mi po policzku, ale nic nie odpowiedziałam. Spojrzałam się znów w ścianę, a tymczasem Nan skończyła nakładać mi opatrunek.

*** 

Siedziałyśmy już w sypialni. Najedzone i umyte. Toriel dała nam trochę za duże, ale wygodne piżamki. Uszykowała też ubrania na potem dla każdej z nas. Była bardzo troskliwa. Właśnie leżałyśmy w łóżku. Dostałyśmy własny pokój. Były tu dwa łóżka, więc z pomocą Toriel złączyłyśmy je ze sobą. Nan ciężko było się ze mną rozdzielać.
- Odpocznijcie maleństwa – uśmiechnęła się czule i zgasiła światło, przymknęła drzwi.
Leżałyśmy w jednym łóżku trzymając się za ręce. Patrzyłam na nią, a ona na mnie w ciemności.
- Dobranoc, Nan.. – szepnęłam.
- Dobranoc, Michasiu. – ścisnęła mocniej moją dłoń.

To było miłe. Istniała.. Istniała… Istniała…

II - Pierwsze spotkanie z Papyrusem










Rozdział V - Pierwsze podziały

- Jesteś pewna, że wiesz co robisz? – zawołałam do swojej przyjaciółki, która przesuwała ogromne kamienie w stronę guzików.
- Jestem… prawie.. pewna… - wystękała- że.. jeśli wciśniemy.. wszyyystkie.. na raz.. to… te kolce… się… zapadną…! eh! – wsunęła już drugi głaz na przycisk. Stałam przy ostrzach z brudną wstążką przewiązaną na nadgarstku i patrzyłam na jej poczynania. To nie tak, że nie chciałam jej pomóc. Zwyczajnie powiedziała, że ona to zrobi.. gdybym teraz próbowała ją wesprzeć.. obraziłabym ją na śmierć. Pokazałabym jej, że nie wierzę, że sobie poradzi. Ta… idiotyczne… ale co poradzić.. taka jest.
Przyglądałam się jak podchodzi do trzeciego kamienia i…
- Hej! Kto ci powiedział, ze możesz mnie tak pchać! – usłyszałam głos.
- S-słucham…? – zdumiona spojrzała na skałę.
- M-myślisz, że to ten głaz…? – szepnęłam.
- Hej! Hej! Jestem tu i wszystko słyszę!
- P-przepraszam Panie Skało… - wymamrotałam – My tylko chciałyśmy, żeby się Pan lekko przesunął…
- Mam się przesunąć?! Eh.. no dobrze. Zrobię to dla was. – usłyszałyśmy i głaz samoistnie przesunął się do przodu.
- Em… Czy… mógłbyś.. jeszcze…? – nieśmiało spytała moja przyjaciółka.
- Co..?! Jeszcze..?! No dobrze.. – skała przesunęła się nie do przodu, a w prawo.
- Em.. ja.. przepraszam.. ale… Nie.. tutaj… - wydusiłam.
- A gdzie?! A nie.. czekaj, już chyba łapię.. – skała przesunęła w stronę przycisku i na nim spoczęła. Tak jak przewidziała Nan, kolce wsunęły się pod ziemię.
- Genialnie! –klasnęła w dłonie, a ja uradowana skierowałam się w stronę kładki. Gdy nagle tuż pod moją stopą wyrosły kolce
- OMatkoBoska – wyrzuciłam jednym tchem.
- Co do cholery?! – moja towarzyszka odwróciła się zirytowana w stronę skały.
- Co..? Miałam tam zostać..?! Oh, przez was muszę się naprawdę napracować… - dało się usłyszeć westchnięcie, gdy głaz ponownie spoczął na przycisku. Kolce ponownie schowały się pod ziemią. Nan spojrzała podejrzliwie na głaz. Po czym szybko chwyciła mnie za rękę i pewnym krokiem przeprowadziła mnie przez kładkę. Gdy znalazłyśmy się na pewnym gruncie westchnęła.
- Ale jazda – mruknęła puszczając mnie – Dziwnie mi – uśmiechnęła się patrząc na mnie. – Co za porypany świat..!
- Heh.. mogło być gorzej – pocieszyłam ją – Nic nie próbuje nas zabić – wyszczerzyłam się w uśmiechu, gdy przed nami za rogu wygrachmoliła się… przerośnięta żaba. Wow.. Naprawdę… Spora…
- Rebbit.. Rebbit…
Nan odruchowo wysunęła się naprzód i zasłoniła mnie ręką.
- C-cofnij się…! Albo pożałujesz..! – krzyknęła. Dostrzegłam, że trzęsła jej się ręka. Istota przypominająca żabę przekrzywiła głowę. Był to naprawdę ogromny stwór. Przewyższał Nan o głowę, a ona była jeszcze wyższa o głowę ode mnie, więc zmutowany żabol był wyższy ode mnie o dwie głowy i… byłam przerażona…!
W pewnym momencie stwór skoczył w naszym kierunku, poczułam jak podłoga niebezpiecznie drży pod nami. Miałam wrażenie, że to coś szykuje się do ataku. Nan zacisnęła pięści.
- N-nie bój się.. malutki… - wydukałam nagle przerażona nie do końca mając pojęcia co robię... Ale musiałam coś zrobić!
- Malutki..? Malutkie to my jesteśmy….! – syknęła Nan odwracając się delikatnie, jednak ja nie spuszczałam wzroku z żabola. Powoli opuściłam dłoń przyjaciółki i zrobiłam krok w stronę stwora.
- Rrrrrebbit! – miałam wrażenie, że to było ostrzeżenie.
- No już.. hej… nie bój się.. nie zrobimy ci krzywdy… - zrobiłam kolejny krok. Gardło stwora powiększyło się na sekundę i usłyszałam stłumiony rechot. Nagle stwór skoczył w moim kierunku. Gleba pod moimi stopami zatrzęsła się mocniej. Upadłam. Ah! Poczułam jak szczypią cię kolana i dłonie.
- Michalina! – Nan krzyknęła robiąc krok w moją stronę. Zatrzymałam ją gestem dłoni. Nie musiałam na nią patrzeć, żeby doskonale zdawać sobie sprawę jak bardzo ją tym zszokowałam i wkurzyłam, ale nie podważyła tej prośby.
Tymczasem żabol znajdował się na wprost mnie i patrzył z góry swoimi ślepiami. Lekko zniżył łep i znajdował się na wprost mojej twarzy. Poczułam jego oddech na swojej skórze. Zaśmiałam się.
- Haha mały, słodki Żabol, pewnie długo nikogo nie widziałeś, co? – głos mi wyraźnie drżał. Dotknęłam dłonią jego śluzowej twarzy. Fuj... Spojrzałam na dłoń, cała w śluzie. Ale żabol... wydawał się zadowolony – Haha mam nadzieję, że nie dasz mi żadnego zakażenia, przystojniaku – zaśmiałam się siadając po turecku.
- Rebit! Rebbit! – odpowiedział potwór i.. zaczął się kurczyć. Gdy sięgał mi mniej więcej do bioder, zakumkał ponownie i odskoczył w stronę stawu. Jak na żabę nadał był wielki, ale już mniejszy niż poprzednio. I teraz przy poruszaniu się nie trzęsła się posadzka. Zakumkał raz jeszcze przed wskoczeniem do wody i zadowolony zniknął w jej odmętach. Wstałam delikatnie.
- Widzisz? Nie trzeba od razu rzucać się z pięściami – uśmiechnęłam się do Nan. Ta w odpowiedzi chwyciła mój nadgarstek i spojrzała na dłoń, która pogłaskałam potwora. Była zakrwawiona... i cała w śluzie.
- Ugh.. Mam nadzieję, że nie wda ci się w to zakażenie – stęknęła oschle i mnie puściła. – Dobra. Chodź. – rzuciła, gdy nagle rozbrzmiał telefon.
>-Tu Toriel!< - rozbrzmiało w słuchawce >-Gdzie jeste<ście..? – usłyszałam jej głos podwójnie. W telefonie i jakby obok. Ruszyłam przed siebie i wyjrzałam szybko za róg. Za jednym z drzew stała Toriel z komórką przy uchu. Oj..
- Halo..? – powiedziała zmartwiona do aparatu, gdy podeszłam do niej, złapałam ją delikatnie za materiał sukienki – Oh! Michasia! Nan! Tu jesteście..!
- W-wybacz, że nie siedziałyśmy gdzie nam kazałaś – zaśmiałam  się przepraszająco. Nan z nieodgadnionym wyrazem twarzy stała już za mną.
- Oh nie, to ja przepraszam! Zostawiłam was same na tak długo! Ja prze... Zaraz... Co ci się stało?! – złapała mnie za nadgarstki i uważnie przyjrzała się moim dłoniom. – Szybko. Do domu. Zaraz ci to odkażę. Chwileczkę. – zatrzymała się i puszczając mnie dopadła się do Nan. – A Tobie dziecko? Nic się nie stało? – zaczęła ją oglądać. Oszołomiona zdołała cicho wydukać, że wszystko w porządku. Dla pewności kobieta obróciła ją jeszcze kilka razy, a potem znów chwyciła mnie. – Idziemy to odkazić. Ah! Powinnam to przewidzieć! – syknęła na siebie i pociągnęła nas w stronę małego domku w Ruinach.

środa, 14 czerwca 2017

Honey, Blueberry i inne słodkości - cz. I - Randkowanie









Kolejna seria~! :o

Hejka ;)
Startuję z nową serią. Będzie ona w formie komiksu... Oczywiście będę kontynuować Twikstale ^^
Zacznę od tego, że... Ja kocham Papyrusa. Nie oszukujmy się, kocham go bardziej niż cokolwiek innego <3 w każdym au xDDD
Bardziej niż Sansa ._.
XDD
No, a że moim ulubionym universum jest Swaptale, także mój komiks jest umieszczony właśnie w tym świecie. 

Ale mówiąc wprost... Nie chce mi się rysować xd Dlatego często rysunki są na odwal się, źle zeskanowane, nie do końca wyczyszczone... Może będą pojawiać się błędy.. Przepraszam ._.
Po prostu chcę podzielić się z wami tym .. co mam w głowie xD I tak.. zamieszczam serię pt.: Honey, Blueberry i inne słodkości <3
Ah moja nazwa <3
xDDD
No. Więc.. Mam nadzieję, że przyjmiecie ją ciepło ;)
Pozdrawiam <3

czwartek, 1 czerwca 2017

Rozdział IV - Inny świat

- W Podziemiu jest dużo zagadek. My, potwory, uwielbiamy zagadki! Żeby bezpiecznie przemieszczać się po Ruinach musisz umieć sobie z nimi radzić. – humanoidalna kozica rozwiązywała właśnie na naszych oczach kolejne pułapki. Przemieszczała się po układankach jak gdyby znała je na pamięć. Cóż… najprawdopodobniej tak było. Ja nadal miałam problem, żeby to ogarnąć. Nan bystro przyglądała się poczynaniom przewodniczki.
- No dobrze, moje maleństwa… Teraz zobaczymy jak mnie słuchałyście. – weszłyśmy do kolejnego pomieszczenia.
Ruiny były całkiem przyjemne. Otoczona ciepłym blaskiem pochodni i tutejszymi roślinami, przez chwilę zapomniałam, że znajdujemy się pare metrów pod ziemią.
Również i to pomieszczenie, do którego właśnie weszłyśmy nie wyglądało wrogo. Doryckie kolumny podtrzymujące sklepienie w pewien sposób ozdabiały to miejsce, mimo widocznych śladów upływu czasu na materiale.
- Żeby przejść tą zagadkę, musicie przełączyć odpowiednie włączniki. Żeby było wam łatwiej zaznaczyłam te, o które chodzi. – Toriel stanęła na końcu pokoju, czyli jakieś dziesięć metrów od nas..
- Okej.. zobaczmy… - mruknęłam pod nosem i podeszłam do przełączników. Nan towarzyszyła mi niczym cień. Z lekkim wahaniem przełączyłam wajchę zaznaczaną przez Strażniczkę strzałką. Rozejrzałam się w obawie, ze uruchomiłam jakąś pułapkę, ale gdy nic się nie stało, ruszyłam do kolejnej grupy włączników za kolumną. Tam również uruchomiłam odpowiednią i nabrawszy pewności, że jestem bezpieczna, przełączyłam resztę zaznaczonych włączniczków. Nan tylko uważnie obserwowała moje poczynania towarzysząc mi krok w krok. Dziwnie było czuć jej realność przy sobie.
Skończywszy stanęłyśmy przed kozią panią. Uśmiechnęła się zadowolona.
- Jestem taka dumna! Widać, ze słuchałyście uważnie!
- W zasadzie to nie było takie trudne… praktycznie podałaś nam odpowiedzi… - odważyłam się odezwać.
- Hm… Dobrze więc. – uniosła brew – Kolejne zadanie będzie bardziej wymagające. Chodźcie. – uśmiechnęła się przebiegle i podreptałyśmy za nią do kolejnego pomieszczenia. – Zamknijcie oczy - rozkazała.
Wykonałyśmy jej polecenie.
- Więc, dziewczynki… musicie po prostu same przejść ten korytarz – usłyszałam jej oddalający się głos – Będę czekać na końcu. Policzcie do 50 i otwórzcie oczy.
Liczyłam.
- … 44… 45… 46… 47… 48… 49… 50..! – wykrzyknęłam po dłuższym czasie. Zdjęłam dłonie z oczu i spojrzałam na Nan. Otworzyła przymknięte oczy i spojrzała na mnie bez żadnego wyrazu. Jej twarz była kompletnie pozbawiona wszelkich emocji. Za to emocje, które ja czułam na jej widok… Różnobarwna paleta. To wciąż było dla mnie nierealne… - Skończyłaś liczyć w tym samym momencie co ja?
- Nie liczyłam. Słuchałam Cię.
- A-ahm… Idziemy? – wyciągnęłam do niej dłoń. Złapała za nią i ruszyłyśmy przed siebie oświetlonym przez pochodnie korytarzem.

Było strasznie cicho i spokojnie. Ta cisza mnie przerażała. Absolutnie nic się nie działo. Sama wpędzałam się w najczarniejsze myśli. Rozglądałam się niespokojnie, reagując na każdy ruszający się cień, który w ruch wprawiał płomienie. Zerknęłam na Nan. Niewzruszona parła do przodu. Poczułam podziw do jej spokoju.
Zbliżałyśmy się już do końca pomieszczenia, gdy za ostatniej kolumny wychyliła się znajoma kozica.
- Toriel! – puściłam przyjaciółkę i rzuciłam się w kierunku kobiety. Ta z ciepłym uśmiechem odwzajemniła uścisk i rozłożyła szerzej ramiona obejmując też Nan. Poczułam jakbym znów miała 7 lat.. i nikt z obecnych nie dawał mi sygnałów, że to źle!
- Bardzo dobrze moje małe! Jestem z was dumna – wyraz jej pyszczka nie ukrywał wzruszenia. – No to skoro jesteście takie dzielne, to chyba mogę was tu na trochę zostawić, hm? – roześmiała się na widok wyrazu mojej twarzy, automatycznie zmarszczyłam brwi i zacisnęłam usta – Niedługo wrócę dzieciątka.. Czekajcie tu na mnie! – wstała – Aha! – zawróciła po chwili i wyciągnęła coś z połaci swego płaszcza – Macie, to jest telefon komórkowy. Poczekaj.. tylko wbije wam swój numer i…
- Po co ci dodatkowa komórka? – wyraz głosu mojej przyjaciółki był jakoś dziwnie wyprany z emocji. Dopiero teraz zaczęło mnie to głębiej zastanawiać.
- Oh.. ja… em… po prostu mam zapasową – zaśmiała się nerwowo w odpowiedzi i podała mi komórkę. Spojrzałam na Toriel, a ona pomachała nam na do-widzenia i pospiesznie się oddaliła, krzycząc jeszcze przez ramię, żebyśmy tu na nią poczekały.
Znikła za rogiem.
Usiadłam po turecku na ziemi i zaczęłam oglądać komórkę.
- Chyba żartujesz. – odezwała się Nan.
- Hm? – podniosłam na nią wzrok.
- Nie będziemy tu siedzieć i bezczynnie czekać. – wyciągnęła dłoń w moim kierunku.
- Ale Toriel…
- Wstawaj – ponagliła. Chwyciłam ją i podciągnęła mnie, żebym wstała.
- To… gdzie chcesz iść…?
- Przed siebie – ruszyła, a ja podreptałam grzecznie za nią, chowając podarunek do kieszeni spodni.
Wędrowałyśmy dłuższą chwilę po murach Ruin. Było tu wiele ciekawej, zabytkowej architektury mocno wypaczonej przez ząb czasu. Gdzieniegdzie potrafiłam dostrzec jakieś napisy w niezrozumiałym języku. A może po prostu były tak zatarte…? O dziwo żyło tu dużo roślin. Najwięcej dziwnie wykręconych krzewów, najczęściej łysych. Rdzawe liście układały się przy ich pniach niczym ozdobne dywany. Trafiłyśmy do pomieszczenia, w którym były cukierki w wielkiej misie. Od czasu do czasu wplątałyśmy się w jakąś pajęczynę. Podłoga była tu bardzo niestabilna. Gdy pierwszy raz zapadła się pode mną, myślałam, że Nan dostanie zawału. Ale na szczęście upadłam na kupę liści. Po chwili spadanie do podziemnych korytarzy na rdzawe stosy stało się naszą zabawą. Zaczęłyśmy się śmiać i rzucać liśćmi w siebie.
- Mam nadzieję, że nie zniszczyłyśmy czyjegoś domku rozwalając te stosy!
- Masz na myśli jakieś pająki albo szczypawki? – zaśmiała się moja przyjaciółka i rzuciła się w jednej chwili na mnie, wbijając mi palce pod zebra. W odpowiedzi zaczęłam piszczeć i rzucać się po liściach, a ona śmiała się nie przerywając tortur. – Czyżbyś nie lubiła szczypawek? Szczypu, szczypu, szczyp hahahaha!
- Nan..! Nan..! Hahahaha! o Boże, przestań, Nan.. hahaha! – nie mogłam złapać tchu.
- Hahaha, wreszcie mogę cię dotknąć, muszę to wykorzystać… - przerwała i spojrzała na mnie zadowolona. Podniosłam na nią wzrok lekko dysząc. Uśmiechnęłam się też i zaczęłam śmiać.
- To cud! Cud! Cud! Jesteś! Naprawdę..! – rzuciłam się na nią i upadłyśmy w liście. Leżałyśmy na plecach, wgapiając się w dziurę w suficie, przez którą przed chwilą wpadłyśmy.
- Wątpiłaś kiedyś w moje istnienie..? – zaśmiała się gorzko.
- Hah.. no wiesz… czasami zastanawiałam się…
-.. czy nie jesteś walnięta? Po co mi to mówisz, skoro znam cię na wylot.. mieszkałam w Tobie! – dźgnęła mnie znowu w żebro podśmiechując się.
- No weź! To zabrzmiało obrzydliwie i dwuznacznie! – pisnęłam również ją dźgając.
Zaśmiałyśmy się obie.
Chwyciłam garść liści, które miałam pod ręką i podrzuciłam je do góry. Z liśćmi na moją twarz upadła czerwona, wyblakła wstążka.
- Hm..? – podniosłam się i chwyciłam ją w dłonie. Moja towarzyszka również usiadła i spojrzała na moje znalezisko.
- Wygląda na… ludzką… - chwyciła ją w szpony i powąchała – Eh.. przeszła liśćmi i wilgocią…
- Myślisz, że od dawna tu leży..? Ciężko ją było zauważyć w tym stosie…
- Nie wiem… ale trochę mnie to.. niepokoi… Co się stało z jej właścicielką…?
Zamilkłam nie wiedząc co odpowiedzieć. Chciałam zażartować, że może to był właściciel, ale szczerze mówiąc, przez podejrzenia Nan, nie było mi teraz do śmiechu… Spojrzałam na wstążkę. Była ewidentnie zerwana… na jej środku wciąż widniała rozwalona kokarda. Brudne plany w okolicy przerwania świadczyły o brutalności jej zdjęcia. Dźwignęłyśmy się z liści w milczeniu. Spojrzałyśmy po sobie.
W końcu to świat… potworów…

czwartek, 25 maja 2017

Rozdział III - Namacalne

Nie wierzyłam własnym oczom. W słabym blasku oddalonych od nas źródeł światła dostrzegłam zarys jakieś sylwetki. Toriel właśnie pomagała wstać tej wysokiej, chudej postaci. Wciąż była niższa od koziej-pani, ale mnie przewyższała o głowę. Była naga, a jej długie poplątane jasno-popielate włosy okalały jej ramiona. Nogi lekko jej zadrżały jakby miała upaść, ale Toriel ją podtrzymała.
- Dziecko, wszystko w porządku? Skąd się tu wzięłaś..?
- Nan…? – zrobiłam krok w ich stronę, a dziewczyna otworzyła oczy. Były małe, świdrujące, czarne. Takie jak wcześniej, tylko teraz… materialne.. jak cała ona… Była… Po prostu była..
- Więc to takie uczucie mieć ciało, co…? Do bani… - kolana znów jej zadrżały, więc Toriel obięła ją ramieniem.
- Z-znacie się tak..? – spytała potworzyca, a ja z trudem odciągnęłam wzrok od mojej przyjaciółki i spojrzałam na nią.
- T-tak.. Ja.. O Mój Boże… Ja nie rozumiem… - złapałam się za głowę. – Przecież.. Ty… Nan.. – podeszłam do niej i dotknęłam jej rąk. Nienaturalnie długie palce zacisnęły się na moich, teraz śmiesznie małych, rączkach.
- Czy to miejsce.. ma jakieś.. magiczne właściwości..? – Nan zwróciła się do Toriel wciąż trzymając moje dłonie. Jak widać potrafiła zachować trzeźwy umysł w tej sytuacji.. W przeciwieństwie do mnie…
- T-tak.. Ta brama… Jest wejściem do naszego świata. Świata potworów. Takim oficjalnym… M-ma właściwości lecznicze.. Wyzwalające.. I.. Oh! Nie.. nie rozumiem co się właśnie stało.. Jak żyję pierwszy raz widzę coś takiego i.. i nie mogę się w tym odnaleźć… W ogóle… Co..?
Myślę, że jednak trybiki myślowe Toriel były w jeszcze gorszym stanie niż moje.
- Ja… Bo.. widzi Pani.. – zaczęłam – Nan.. czyli.. ona.. jest.. to znaczy.. była.. em.. moją… wymyśloną przyjaciółką.. – spojrzałam w dół czując jak beznadziejnie to brzmi, gdy mówię to na głos. Wzięłam wdech i kontynuowałam, czując jak pieką mnie policzki - … ja... ją stworzyłam.. w głowie… i… tylko ja ją widziałam…  słyszałam… ona… nie była prawdziwa..! – prawie krzyknęłam, czując jak z niewiadomych przyczyn łzy cisną mi się do oczu – Nigdy..! A teraz... jest… I... też nie rozumiem… - przerwałam. Nie wiedziałam co mogłam więcej powiedzieć. Słone krople wody znalazły wyjście na świat i zdradziły moje uczucia wypełzając na twarz. Chlipnęłam cicho próbując się uspokoić, ale… Nawet w sumie do końca nie wiedziałam dlaczego płaczę! Ah.. to było takie beznadziejne…
Nastała cisza. Pogłębiająca jeszcze to jak bardzo koszmarnie się czułam. W gardle miałam ogromną gulę, a w głowie huczało mi od myśli.
Nagle poczułam... miękko… ciepło…
- No już, już, malutka…. – Toriel przytuliła mnie mocno i głaskała po głowie. Pachniała.. ciastem… domem… Zachciało mi się jeszcze bardziej płakać… - Nie przejmuj się. Nic złego się nie stało. To chyba nawet dobrze, prawda maleństwo..? Skoro jest Twoją przyjaciółką..? – odsunęła się ode mnie i spojrzała na mnie – Już, już.. – powtórzyła i wielką, futrzastą łapą otarła moje łzy. Przytaknęłam i spojrzałam niepewnie na Nan.
- Jak Ty się cieszysz to i ja – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pokrzepiająco. Miała skrzyżowane dłonie na piersi. Uzmysłowiłam sobie, że przecież jest naga!
- Nan! Nie jest ci zimno?! – krzyknęłam.
- Zimno..? – spojrzała na mnie zdziwiona, a po chwili przejechała szponami po swoich ramionach. – Nie wiem… Chyba…?
- Oh.. Mam jakieś ubrania w domu.. Ale to kawałek stąd…
- Masz. – ściągnęłam koszulkę. Pod spodem i tak miałam biustonosz sportowy, a szerokie dresy zakrywały mi co trzeba. – Lepiej żebyśmy obie półnagie, niż ty cała…
Nan naciągnęła na siebie mój T-shirt, który na niej wisiał. Zakrywał to i owo, ale… wciąż nie miała nic na „dół”.
- Eh. Jebać.. – mruknęła
- Co to za język?! – oburzyła się Toriel.
- Wybacz za nią – pogłaskałam kozią panią po ramieniu – I eh.. to jest problem, Nan.. teraz jesteś… człowiekiem.. Tak myślę… Nie wypada chodzić z całym kino-bambino na wierzchu… - Starałam się nie patrzeć tam.. ale szczerze ciekawiło mnie jakiej jest płci.. Zawsze traktowałam ją raczej jako… byt… i zwracałam się do niej jak do kobiety… ale nie potrafiłam jej sobie wyobrazić jako ludzką.. „dziewczynkę”…. albo „chłopaka”..? Chyba była… „dziewczynką”…? Boże! Jakie to wszystko jest cholernie dziwne! Tylko obecność koziej pani powstrzymywała mnie, żeby nie przekląć na głos, dla wyładowania emocji.
- Rany, co za problem. Daj mi swoje majtki. – wzruszyła ramionami Nan. Przeszedł mnie dreszcz. Toriel wyraźnie się zmieszała.
- N-nan… Nie oddam ci swojej.. bielizny… M-musiałabym zdjąć spodnie… I..
- Grr. To nie wiem! – wyglądała wyraźnie na wkurzoną. Ta sytuacja też była dla niej nowa. Widać, że wszystko ją frustrowało.
- Ja mam bandaż… - zamyśliła się Toriel. Wysłałyśmy jej tylko zdziwione spojrzenia, a ona wyciągnęła zawiniątko białego materiału – Możemy je obwiązać wokół twoich nóg i… Jest go dość sporo, może robić prowizorycznie za spodnie…
Nan podniosła bluzkę do góry.
- Zrób to.
Wyraz twarzy kobiety wyglądał identycznie jak mój.
- M-maleństwo… Ja.. em.. Myślę, że powinnaś sama to zrobić… Przynajmniej na początku… - zaśmiała się nerwowo i podała jej bandaż odwracając wzrok.
Moja przyjaciółka wzięła go i trzymając koszulkę z zębach zaczęła obwiązywać swoje biodra. Toriel odwróciła się ze mną, by nie przyglądać się roznegliżowanej dziewczynie.
- Przepraszam.. za nią.. Jest.. bardzo nietutejsza… - odezwałam się do strażniczki Ruin.
- Oh.. nic nie szkodzi, moje dziecko.. Już na nie takie dziwactwa widziałam... Sama byłam matką dwójki dzieci... Więc, wierz mi... dzieciaki lubią często pokazywać swoje… „kino-bambino”..? Tak to nazwałaś..? – zaśmiała się.
- Ugh.. tak.. heh.. takie głupie powiedzonko… Em… no właśnie.. dzieci robią takie rzeczy.. Nan nie wygląda jak  dziecko.. Chyba nim nie jest.. Na pewno nim nie jest. Znam ją.. Jest często dojrzalsza ode mnie…
- Maleństwo.. jeśli to co mówisz jest prawdą.. to skoro do tej pory nie posiadała ciała… może być od Ciebie dojrzalsza psychicznie… na pewno nie fizycznie… Jeśli chodzi o ciało i wszystko z nim związane to.. dopiero raczkuje, tak..?
- No… Chyba masz rację.. Znaczy, pani ma rację, znaczy.. przepraszam..!
- Nic nie szkodzi haha, przecież mówiłam, jestem Toriel, nie „pani Toriel” – zaśmiałyśmy się obie, gdyż wypowiedziała to śmiesznym tonem wytykając język. Była strasznie pogodna.
- Emm. Miśka. – Nan przerwała nasz chichot. – Chodź mi pomóc. – Obwiązała już całe biodra i jedną nogę. Wskazała na końcówkę materiału na drugim udzie. Nie wiedziała jak zakończyć. Klęknęłam i zrobiłam dziwną kokardkę, jednocześnie mocując bandaż tak by nie spadł.
- Nie za ciasno?
- Nie. Jest ok. – Nan patrzyła się na Toriel, która myślami była nieobecna.
- Gotowe? – kobieta spojrzała się na nas z uśmiechem – To idziemy. Oto Ruiny!

 



































- STOP! – krzyknęła Nan. Odwróciłyśmy się zdziwione – Najpierw wracam się dobić Kwiatuszka.
- O Boże, Nan wracaj! – pociągnęłam ją w stronę Ruin.


Rozdział II - Hejka

- Hejka!
- Hm? – odwróciłam głowę.
- Jestem Kwiatuszek. Kwiat Kwiatuszek.
Po prawej stronie w jednym z korytarzy znajdowała się rozświetlona „łączka”. Ta jednak nie była tak kwiecista jak ta, która złagodziła mój upadek. Na tej znajdował się tylko jeden.. kwiat… Ten, który właśnie do mnie mówił..
- Koleżanko! Zapomniałaś języka w buzi?
- Em..! Oh, przepraszam. – zmieszałam się – Witaj.. Ja jestem Michalina…
Coś jest nie tak.
- „Michalina”, hm..? Śliczne imię, dla takiej małej zbłąkanej dziewczynki jak Ty…
- N-nie jestem dziewczynką..! M-mam już prawie 17 lat..!
Za pół roku.
- Hahaha.. No tak.. To już prawie pannica. – Kwiatuszek przechylił rozbawiony swoją główkę. – Więc... spadłaś tu z Powierzchni?
- „Powierzchni”.. Tak.. Chyba tak.. Jestem z zewnątrz jeśli o to chodzi.
- Oh, wiec pewnie nie znasz zasad, panujących, tu, w Podziemiu… Podejdź bliżej, koleżanko..
Miśka…
- Nie… Jakich zasad…? – przykucnęłam przy kwiatku.
- Spokojnie… Są wyjątkowo proste… - w jednej sekundzie pnącza Kwiatuszka wyrosły spod ziemi krusząc glebę. Zdążyłam się szybko podnieść z kucków i cofnąć parę kroków, ale szybko straciłam równowagę i upadłam na tyłek.
- Są tak proste, że nawet taka idiotka jak Ty, szybko je załapie! – Kwiatuszek warknął uśmiechając się szeroko. Jego wyraz... „twarzy”.. całkowicie się zmienił. Na jego główce widać było czarne wlepiające się we mnie oczy, a uśmiech wykrzywił się złowrogo błyskając rzędami ostrych kłów. Wyrósł spod ziemi i teraz jego łodyga wiła się niespokojnie w towarzystwie kilku pnączy wychodzących z niej. Nabity kolcami, dwumetrowy „Kwiatuszek” pochylił się nade mną i otworzył swą paszcze, niebezpiecznie zbliżając do mnie swoje potworze pnącza.

- ZABIJAJ ALBO GIŃ – wycharczał mi prosto w twarz, a jego pnącza rzuciły się w moją stronę.
Szybko zgramoliłam się ziemi i przeczołgałam-przeskoczyłam obok, unikając ataku Kwiatuszka.
- Sprytnie… - wysyczał przerażającym głosem – Nie czekasz na śmierć..? Nie możesz uciekać w nieskończoność!
Właśnie! Nie słyszałaś go?! „Zabijaj albo giń!”
- N-nie… - podniosłam się – Nie mogę go zabić…
- Takie to uroczeee…. Kolejna ofiara z kodeksem moralnym w serduszku… Pozwól, że je rozerwę! – kolejne pnącza ruszyły w moją stronę. Szybko odskoczyłam upadając znów na ziemię. Starłam sobie dłonie i kolana.
- Ajć.. Szczypie… - syknęłam do siebie, gdy Kwiatuszek wyciągał swoje pnącza z skały.
Zabij go! Inaczej on zabije nas!
- Śmierć w taki sposób byłaby jakimś rozwiązaniem, co nie..? – mruknęłam do Nan. Kwiatuszek spojrzał na mnie badawczo.
- Ah.. Czyli to „coś” jest Twoje? – zasyczał szyderczo.
- S-słucham…? – podniosłam się lekko drżąc od bólu.
- To „coś”, co lata koło Ciebie. – szarpnieciem wyrwał swoje macki z ściany i nastroszył wokół siebie. – Myślałem, że to tylko jakiś durny duch się do Ciebie przyczepił.. Ale widzę, że macie kontakt… Żałosne… Nikt REALNY nie chciał się z Tobą bawić?
Okej. Wkurwia mnie. Teraz to musisz go zabić.
- T-ty.. Ty ją widzisz…?
- Oh, koleżanko. Nie bądź taka zdziwiona. Wszak to świat potworów! Tutaj dostrzegamy coś więcej niż czubek własnego nosa. Nieprzyzwyczajona do takiego towarzystwa..? – zaśmiał się złośliwie.
Zamilkłam.
Ale.. Cóż…
Ma rację.
Jestem… „nieprzyzwyczajona”….
- Bez znaczenia! Nie zdążysz się przestawić! – jego pnącza wypuściły w moją stronę pociski. Odskoczyłam, unikając ich, gdy nagle poczułam szarpnięcie. Oh! To były kolce… Rzucił we mnie swoimi kolcami! Jeden z nich szarpnął moją koszulkę i przygwoździł mnie za nią do ściany.
- Nie sądziłam, że kwiatki są takie twarde…. – próbowałam wyrwać się z pułapki, ale materiał nie chciał się drzeć.
- Zaraz się przekonasz… - Kwiatuszek wysunął jedno ze swoich pnączy, które było najeżone kolcami. – Skoro przebiłem kamień, to Twoje serce nie będzie wyzwaniem.
Ty wstrętny chwaście! Zostaw nas w spokoju!
- Bleeeh – wytknął język do Nan – i co mi zrobisz? – widziałam tylko jak Nan zaciska szpony wpatrując się w Kwiatuszka, gdy ten zamachnął się swoim pnączem w moją stronę. Zacisnęłam oczy.
Oh.. To nic… Nie boję się… Nawet pewnie nie poczuję….
Czekałam na cios..
- Hej! – usłyszałam jakiś kobiecy głos i automatycznie otworzyłam oczy.
- Hm? – Kwiatuszek odwrócił się, gdy kula energii uderzyła w jego twarz. Wypadł z korzeniami z ziemi, a jego pnącza zaczęły się kurczyć i znikać w łodydze. Sam wrócił do poprzedniego wyglądu i leżał teraz pod ścianą. Wszystkie kolce wbite w ziemię i ścianę obróciły się w pył, łącznie z tym, który przygwoździł mnie do skały. W bluzce była tylko dziura. Twardy materiał…
Wszystko w porząd..?!
- Oh co za ohydna kreatura atakująca niewinne młode! – spojrzałam na źródło głosu. Wysoka kozio-podobna humanoidalna kobieta przyklękła przy mnie i złapała mnie za ramiona. Wow... Poczułam się niska… Na klęczkach była mojego wzrostu. – Nic ci nie jest…?
- Nie.. Ja… Wszystko w porządku…
- Twoje dłonie! – Spojrzała na moje obdrapane ręce – Nie wierzę, że nawet w ruinach są wciąż istoty, które ranią innych dla zabawy! – oburzyła się. Spojrzałyśmy w stronę mojego oprawcy. Zdążyłam tylko zauważyć jak z wściekłym wyrazem twarzy zapada się pod ziemię. – Chodź, ze mną, opatrzę Cię. – wstała i podała mi dłoń.
Trochę się zawahałam… Po ostatnich przeżyciach…
- Oh! Wybacz.. Nawet się nie przedstawiłam.. – dotknęła zawstydzona swojego długiego, koziego ucha. – Jestem Toriel. Opiekunka i Strażniczka Ruin. Przychodzę tu, sprawdzić, czy ktoś z zewnątrz nie spadł.. I.. Oto jesteś! – uśmiechnęła się przesympatycznie. Jeszcze raz wyciągnęła do mnie wielką, owłosioną łapę. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Mam na imię Michalina… - chwyciłam jej dłoń. Miała takie miękkie futerko…
- Więc Michalino, pozwól, że oprowadzę Cię po Ruinach – uśmiechnęła się.
- Z chęcią – odwzajemniłam, a kozia-pani poprowadziła mnie w stronę kolejnej bramy. Ta była równie duża co ostatnia, którą mijałam, ale za nią widziałam, że błyskają się jakieś światła. Obejrzałam się na Nan. Była tuż za mną. Uniosła tylko brew, jakby próbując przekazać mi nieme „Kto wie co się wydarzy”, więc uśmiechnęłam się. Przekroczyłam próg bramy wraz z Toriel, gdy nagle usłyszałam za sobą głuchy huk. Zamarłam.
- Oh drogie dziecko, nic ci nie jest? – Toriel puściła moją dłoń i skierowała się ku jakieś postaci leżącej przy bramie.

- Nan..?

Rozdział I - Poznajmy się

- Mmmm… - przetarłam pięścią twarz. Oczy miałam wciąż pogrążone w śnie. Rozbudziły mnie ciepłe promienie słoneczne padając
e na moją twarz prosto przez niewielki otwór w suficie.
Co..
Gdzie ja…
Ah. Już pamiętam…
Rozejrzałam się dookoła. Znajdowałam się w .. jaskini? Jedyne źródło światła to ta wyrwa w górnym sklepieniu. Był ranek..? Południe..? Południe. Słońce znajdowało się tuż nade mną. Zakręciło mnie w nosie..
- Apsik~! Oh… - jestem alergiczką.. a leżałam w gęstwinie żółtych kwiatów. To chyba one zamortyzowały upadek. Wow… Nigdy bym się nie spodziewała, że w takim miejscu jak to, może zakwitnąć jakiekolwiek życie… Rosły tylko w tym miejscu. Hm.. Pewnie dzięki wilgoci w tym miejscu i promieniom słonecznym udało im się tak cudownie poradzić w tym środowisku. Kwiaty były całkiem duże i naprawdę śliczne. Żółte płatki okalały mięciutki od pyłku środek. Ile ciekawych odcieni żółci…
- Apsik~! – moje kichnięcie poniosło się echem po ogromnej jamie. Wyrwało mnie to z nieistotnych rozmyślań i… Jak ja stąd wyjdę…?
Oh. Wreszcie zaczęłaś myśleć racjonalnie..
- Mmm… Ty też tu jesteś…
Jak mogłabym Cię zostawić, Skarbie?
Przed moją twarzą pojawiła się uśmiechnięta krzywo postać.
To.. To jest Nan. Moja… wymyślona przyjaciółka…
No..? Jakieś pomysły..? Spytała ponaglająco.
- Emm… Ja… Wiesz… skoro wpadłam przez dziurę.. To mogłabym się tam… tamtędy..?
Oh genialne! Więc wiesz co? Ja polecę i będę czekała na górze, co ty na to? Uśmiechnęła się i uniosła w stronę krateru, gdy już była na górze spojrzała na mnie zdziwiona. Coś nie tak, Skarbie? A.. no tak… Podleciała do mnie i krzyknęła: Nie umiesz latać! A skały są zbyt wilgotne i strome by się tam wspiąć. Dodała. Uh. Zacznij myśleć!
Odpowiedziałam jej kolejnym kichnięciem.
Na zdrowie…
- Ugh!… M-m-myślę..! Ale…  - rozejrzałam się bezradnie. Faktycznie jaskinia była ogromna.. Słychać było spadanie pojedynczych kropli wody i ich echo. Gdzieniegdzie utworzyły się kałuże i niewielkie zbiorniki wody. Na środku znajdowała się wspomniana „łączka”, z której już się wygramoliłam mając nadzieję, że to uśmierzy moje alergiczne objawy. Nie wiem czy potrafiłam dostrzec całą jaskinię. Jedynym źródłem światła był ten krater na górze. Nie byłam pewna czy to ściany są takie ciemne czy po prostu coś tam jeszcze jest, tylko pogrążone w mroku. Spojrzałam na Nan. Była pozbawiona dolnej części ciała. Od pasa w dół po prostu się rozpływała, niczym „duszek”… Czy.. coś…. Jej nienaturalne wydłużone ręce zakończone szponami zwisały wzdłuż jej ciała. Była lekko przygarbiona co tylko podkreślało jej i tak wystający kręgosłup. Była przeraźliwie chuda. Blada skóra było tylko naciągnięta na zdeformowane kości. Na jej podłużnej szarej twarzy znajdował się jakby wycięty otwór pozbawiony warg, ale pełniący rolę ust, wypełniony rzędem ostrych jak szpilki zębami. Praktycznie nie posiadała nosa. Jedynie w jego miejscu jej twarz była lekko wystająca, a nad ustami znajdowały się dwa małe otworki pełniące rolę nozdrzy. Jej oczy… Eh. Dwa małe głęboko osadzone w oczodołach węgielki świdrujące wszystko na wylot. Nie miała brwi. Nie miała rzęs. Ale miała włosy. Jasno-popielate kosmyki unosiły się wiecznie w powietrzu jak gdyby ich właścicielka znajdowała się pod wodą. Z tej gęstwiny wystawało dwoje, przymocowanych do czaszki, szpiczastych uszu. Bardzo wrażliwych na wszelkie dźwięki.
-A-apsik~!
Oh.. co za hałas.. Odejdź od tych kwiatów, bo zaraz rozniesiesz tą jaskinię.
- Przynajmniej pogrzebałoby nas żywcem – uśmiechnęłam się do niej. Odwzajemniła uśmiech i pokręciła głową. Zaczęła „pływać” w powietrzu (bo tak bym nazwała sposób w jaki się poruszała) w celu zbadania jaskini. Poszłam jej śladem.
Dlaczego Nan tak wygląda..? Cóż.. Nie jest to taki zły wygląd jak się ją widzi. Pewnie opis jest bardziej przerażający niż końcowy efekt. Myślę, że w rezultacie jest całkiem... znośna. Cóż, w sumie to dałam jej wolne pole do popisu, żeby sama wybrała sobie swój wygląd.
Tak, tak wiem, to wymyślona przyjaciółka, nie ma wolnej woli czy świadomości, ale.. Nan… Hm. Ciężko mi to określić… Ale mam wrażenie, ze naprawdę jest osobnym bytem.. Podejmuje sama decyzje, często wie o rzeczach, o których ja nie mam pojęcia.. Bardzo mi pomaga. To moja najlepsza przyjaciółka i…
Tu coś chyba jest.
- Hm? – odwróciłam się w jej stronę i podeszłam. Faktycznie w mroku ujrzałam jakąś bramę… Ale za jej progiem wydawało się jeszcze ciemniej. – Nie ma innej drogi..?
Przejrzałam całe pomieszczenie. To jedyne wyjście stąd.
- Skoro tak mówisz…
Złotko. Wiem to.
- No dobrze. Ale będziesz musiała mi pomóc w tych ciemnościach… Nie przeżyłabym gdybym wpadła twarzą.. w.. jakąś… p-pajęczynę…
No już, już, się tak nie zapowietrzaj. Musisz liczyć się z ryzykiem. Albo zostajemy tutaj. Jak chcesz. Śmierć głodowa nie jest przyjemna. Zamilkła w oczekiwaniu na moją odpowiedź. Ale ja też milczałam. Już raz to spieprzyłyśmy. Zaśmiała się. Chociaż spróbujmy zrobić coś dobrze. Skoro przeżyłaś to nie bez powodu. Po prostu znajdźmy stąd wyjście i potem zobaczymy, okej..? Wzięłam głęboki wdech.
- Może znajdziemy tu złoto…?
Co?
- No wiesz, opuszczona kopalnia i tak dalej… Znajdę złoto, wyjdę na powierzchnię i będę szczęśliwa…
Bogatsza. Zaśmiałam się.
- No tak. – wzięłam kolejne parę wdechów. – Dobra. Idziemy. – Zrobiłam krok w stronę bramy. Kolejny. – Ah! Bez ceregieli! – Przyśpieszyłam i pewnym krokiem ruszyłam w ciemność. Nan podążyła za mną.