czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział VI - Bezpieczeństwo

- Aaa..! Szczypie.. – syknęłam, gdy Toriel przyłożyła jakąś dziwną maź do moich dłoni.
- Będzie boleć… - syknęła. – To moja wina, że zostawiłam was na tak długo same, ale.. wciąż jestem zła, że jednak mnie nie posłuchałyście..!
 Opuściłam zmieszana głowę. Wydusiłam tylko ciche przepraszam i Toriel dalej w milczeniu nakładała mi maź na dłonie.
Znajdowałyśmy się w jej łazience. Siedziałam na koszu z praniem koło zlewu, a kobieta opatrywała moje zadrapania martwiąc się, żeby nie wdało się jakieś zakażenie. Nan siedziała naprzeciwko nas na skraju wanny. Nie oszukujmy się, to nie były jakieś groźne rany. Ale oby dwie moje towarzyszki strasznie panikowały. Toriel wyjęła bandaż. Przycisnęła mi jakieś liście do posmarowanych maścią miejsc i obwinęła to wszystko bandażem żeby się trzymało.
- To mówisz, ze zaatakował was „żabol”?
- Wielki żabol, tak. – zachichotała na moje słowa – Ale chyba bardziej bał się nas, niż my jego.
- Na pewno.. – mruknęła Toriel wyraźnie już udobruchana – I upadłaś na ziemię gdy na Ciebie skoczył?
- Tak! W sensie.. nie na mnie, obok mnie. Był ogromny! A jak skakał to wszystko się trzęsło!
- Eh… Potrafią być uciążliwe.. – westchnęła… Macie szczęście, ze nie spotkałyście żadnego Kapryśniaczka.. One dopiero są… kłopotliwe…
- A jak wyglądają?
- Takie małe łatające istotki.. Gdy się wystraszą potrafią przywołać cały rój na pomoc.
- Można je jakoś pokonać? – Nan przerwała konwersację.
- Hm.. wiesz kochanie… Ja uważam, że zawsze najlepszym rozwiązaniem wszelkich starć jest rozmowa.. Naprawdę da się dotrzeć do każdego tym sposobem.. – odpowiedziała kobieta.
Spojrzałam na swoje stopy. Moje buty całe przemiękły. Nagle poczułam jak szczypią mnie kolana. Miałam wrażenie, że przykleiły się do spodni. Toriel podążyła za mną wzrokiem.
- Maleństwo, wszystko w porządku? Nie zdarłaś sobie też kolan..?
- C-co..? N-nie.. Ja tylko… em.. chyba przemiękły mi buty..! Boję się, że jak je zdejmę nogi mi będą śmierdzieć..! – palnęłam szybko. Kobieta wyglądała na zmieszaną, a po chwili się roześmiała.
- Jak chcecie możecie się tu wykąpać. Jesteś pewna, ze nie masz rannych nóg? Zakładam, że upadając zdarłaś też kolana.. – Miała mnie. Kurva.. co teraz.. Ja.. Nie mogę…
- Czy coś się pali? – moja przyjaciółka zaciągnęła się powietrzem. Kozica błyskawicznie wstała.
- Moje ciasto..! Ch-chwileczkę..! – wybiegła z prędkością światła – Poradźcie sobie chwilę beze mnie! Odświeżcie się! –krzyknęła biegnąc w stronę kuchni.
- No. – Nan wstała i zamknęła drzwi przekluczając w nich zamek – To teraz.. zdejmuj spodnie.
- C-co..?! N-nan..!! – krzyknęłam zawstydzona, a ona w odpowiedzi uniosła brew. Westchnęłam. Wiedziałam, że nie miała na myśli nic zbereźnego. Wzięłam kolejny głęboki wdech i ściągnęłam najpierw buty.. potem skarpetki… spodnie… Delikatnie musiałam odkleić je od zakrwawionych kolan. Dziewczyna klękła przede mną,  a ja usiadłam na koszu.
- Uuuu… Trochę się zababrało… - mruknęła patrząc na obdarte kolana. Następnie spojrzała na moje uda. A raczej... na mój sekret…
Mój powód, dla którego nie mogłam zdjąć spodni przy Toriel.
Ani przy nikim innym.
Mój błąd.
Moje dzieło.
Moja kara.
Moje blizny.
Dotknęła delikatnie szponem wybrzuszeń na skórze. Odwróciłam wzrok przygryzając dolną wargę i zamknęłam oczy. Czułam jak gromadzą mi się pod powiekami łzy. Dziewczyna westchnęła cicho.
- Przynajmniej nie ma żadnych świeżych… - mruknęła-Długo nie miałaś ataków...- chwyciła maść. W ciszy wsmarowywała ją w obdrapane kolana. Bolało jak cholera. Ale nawet nie syknęłam. Pare razy się skrzywiłam, ale… czułam już gorszy ból.
- Ej! Wariatko!
- Hm…? – tępy ból w czaszce i rozbrzmiewający śmiech. Zakrwawiony kamień upadł obok mnie. Oprawca podrzucał już drugi w dłoni.
- Powiedz swojej przyjacióóółce, żeby cię obroniła – widziałam jak się zamachnął, tym razem odsunęłaś się by uniknąć pocisku.
- O ty szmato! Stój grzecznie, gdy człowiek celuje! – krzyknęła dziewczyna obok niego
- N-nie będę znosiła waszych ciosów! – mój głos był piskliwszy niż zamierzałam.
- Ah, tak..? – chłopak zakasał rękaw i skierował stopy w moim kierunku – zobaczymy. Pchnął mnie na ziemię a wtedy... ja... moje dłonie same..
- Michalina! – realny głos wyrwał mnie z wspomnień.
- Hm? – spojrzałam na nią w dół. Zmarszczyła brwi. Poczułam jak po moich policzkach toczą się łzy. - Hah.. wybacz... zamyśliłam się... oczy mi wyschły... czy coś... - zaśmiałam się wycierając szybko twarz.
- Nie myśl o tym teraz. Jesteś tu. Ze mną. Bezpieczna
Zaśmiałam się w odpowiedzi. Poczułam jak kolejne łzy spływają mi po policzku, ale nic nie odpowiedziałam. Spojrzałam się znów w ścianę, a tymczasem Nan skończyła nakładać mi opatrunek.

*** 

Siedziałyśmy już w sypialni. Najedzone i umyte. Toriel dała nam trochę za duże, ale wygodne piżamki. Uszykowała też ubrania na potem dla każdej z nas. Była bardzo troskliwa. Właśnie leżałyśmy w łóżku. Dostałyśmy własny pokój. Były tu dwa łóżka, więc z pomocą Toriel złączyłyśmy je ze sobą. Nan ciężko było się ze mną rozdzielać.
- Odpocznijcie maleństwa – uśmiechnęła się czule i zgasiła światło, przymknęła drzwi.
Leżałyśmy w jednym łóżku trzymając się za ręce. Patrzyłam na nią, a ona na mnie w ciemności.
- Dobranoc, Nan.. – szepnęłam.
- Dobranoc, Michasiu. – ścisnęła mocniej moją dłoń.

To było miłe. Istniała.. Istniała… Istniała…

II - Pierwsze spotkanie z Papyrusem










Rozdział V - Pierwsze podziały

- Jesteś pewna, że wiesz co robisz? – zawołałam do swojej przyjaciółki, która przesuwała ogromne kamienie w stronę guzików.
- Jestem… prawie.. pewna… - wystękała- że.. jeśli wciśniemy.. wszyyystkie.. na raz.. to… te kolce… się… zapadną…! eh! – wsunęła już drugi głaz na przycisk. Stałam przy ostrzach z brudną wstążką przewiązaną na nadgarstku i patrzyłam na jej poczynania. To nie tak, że nie chciałam jej pomóc. Zwyczajnie powiedziała, że ona to zrobi.. gdybym teraz próbowała ją wesprzeć.. obraziłabym ją na śmierć. Pokazałabym jej, że nie wierzę, że sobie poradzi. Ta… idiotyczne… ale co poradzić.. taka jest.
Przyglądałam się jak podchodzi do trzeciego kamienia i…
- Hej! Kto ci powiedział, ze możesz mnie tak pchać! – usłyszałam głos.
- S-słucham…? – zdumiona spojrzała na skałę.
- M-myślisz, że to ten głaz…? – szepnęłam.
- Hej! Hej! Jestem tu i wszystko słyszę!
- P-przepraszam Panie Skało… - wymamrotałam – My tylko chciałyśmy, żeby się Pan lekko przesunął…
- Mam się przesunąć?! Eh.. no dobrze. Zrobię to dla was. – usłyszałyśmy i głaz samoistnie przesunął się do przodu.
- Em… Czy… mógłbyś.. jeszcze…? – nieśmiało spytała moja przyjaciółka.
- Co..?! Jeszcze..?! No dobrze.. – skała przesunęła się nie do przodu, a w prawo.
- Em.. ja.. przepraszam.. ale… Nie.. tutaj… - wydusiłam.
- A gdzie?! A nie.. czekaj, już chyba łapię.. – skała przesunęła w stronę przycisku i na nim spoczęła. Tak jak przewidziała Nan, kolce wsunęły się pod ziemię.
- Genialnie! –klasnęła w dłonie, a ja uradowana skierowałam się w stronę kładki. Gdy nagle tuż pod moją stopą wyrosły kolce
- OMatkoBoska – wyrzuciłam jednym tchem.
- Co do cholery?! – moja towarzyszka odwróciła się zirytowana w stronę skały.
- Co..? Miałam tam zostać..?! Oh, przez was muszę się naprawdę napracować… - dało się usłyszeć westchnięcie, gdy głaz ponownie spoczął na przycisku. Kolce ponownie schowały się pod ziemią. Nan spojrzała podejrzliwie na głaz. Po czym szybko chwyciła mnie za rękę i pewnym krokiem przeprowadziła mnie przez kładkę. Gdy znalazłyśmy się na pewnym gruncie westchnęła.
- Ale jazda – mruknęła puszczając mnie – Dziwnie mi – uśmiechnęła się patrząc na mnie. – Co za porypany świat..!
- Heh.. mogło być gorzej – pocieszyłam ją – Nic nie próbuje nas zabić – wyszczerzyłam się w uśmiechu, gdy przed nami za rogu wygrachmoliła się… przerośnięta żaba. Wow.. Naprawdę… Spora…
- Rebbit.. Rebbit…
Nan odruchowo wysunęła się naprzód i zasłoniła mnie ręką.
- C-cofnij się…! Albo pożałujesz..! – krzyknęła. Dostrzegłam, że trzęsła jej się ręka. Istota przypominająca żabę przekrzywiła głowę. Był to naprawdę ogromny stwór. Przewyższał Nan o głowę, a ona była jeszcze wyższa o głowę ode mnie, więc zmutowany żabol był wyższy ode mnie o dwie głowy i… byłam przerażona…!
W pewnym momencie stwór skoczył w naszym kierunku, poczułam jak podłoga niebezpiecznie drży pod nami. Miałam wrażenie, że to coś szykuje się do ataku. Nan zacisnęła pięści.
- N-nie bój się.. malutki… - wydukałam nagle przerażona nie do końca mając pojęcia co robię... Ale musiałam coś zrobić!
- Malutki..? Malutkie to my jesteśmy….! – syknęła Nan odwracając się delikatnie, jednak ja nie spuszczałam wzroku z żabola. Powoli opuściłam dłoń przyjaciółki i zrobiłam krok w stronę stwora.
- Rrrrrebbit! – miałam wrażenie, że to było ostrzeżenie.
- No już.. hej… nie bój się.. nie zrobimy ci krzywdy… - zrobiłam kolejny krok. Gardło stwora powiększyło się na sekundę i usłyszałam stłumiony rechot. Nagle stwór skoczył w moim kierunku. Gleba pod moimi stopami zatrzęsła się mocniej. Upadłam. Ah! Poczułam jak szczypią cię kolana i dłonie.
- Michalina! – Nan krzyknęła robiąc krok w moją stronę. Zatrzymałam ją gestem dłoni. Nie musiałam na nią patrzeć, żeby doskonale zdawać sobie sprawę jak bardzo ją tym zszokowałam i wkurzyłam, ale nie podważyła tej prośby.
Tymczasem żabol znajdował się na wprost mnie i patrzył z góry swoimi ślepiami. Lekko zniżył łep i znajdował się na wprost mojej twarzy. Poczułam jego oddech na swojej skórze. Zaśmiałam się.
- Haha mały, słodki Żabol, pewnie długo nikogo nie widziałeś, co? – głos mi wyraźnie drżał. Dotknęłam dłonią jego śluzowej twarzy. Fuj... Spojrzałam na dłoń, cała w śluzie. Ale żabol... wydawał się zadowolony – Haha mam nadzieję, że nie dasz mi żadnego zakażenia, przystojniaku – zaśmiałam się siadając po turecku.
- Rebit! Rebbit! – odpowiedział potwór i.. zaczął się kurczyć. Gdy sięgał mi mniej więcej do bioder, zakumkał ponownie i odskoczył w stronę stawu. Jak na żabę nadał był wielki, ale już mniejszy niż poprzednio. I teraz przy poruszaniu się nie trzęsła się posadzka. Zakumkał raz jeszcze przed wskoczeniem do wody i zadowolony zniknął w jej odmętach. Wstałam delikatnie.
- Widzisz? Nie trzeba od razu rzucać się z pięściami – uśmiechnęłam się do Nan. Ta w odpowiedzi chwyciła mój nadgarstek i spojrzała na dłoń, która pogłaskałam potwora. Była zakrwawiona... i cała w śluzie.
- Ugh.. Mam nadzieję, że nie wda ci się w to zakażenie – stęknęła oschle i mnie puściła. – Dobra. Chodź. – rzuciła, gdy nagle rozbrzmiał telefon.
>-Tu Toriel!< - rozbrzmiało w słuchawce >-Gdzie jeste<ście..? – usłyszałam jej głos podwójnie. W telefonie i jakby obok. Ruszyłam przed siebie i wyjrzałam szybko za róg. Za jednym z drzew stała Toriel z komórką przy uchu. Oj..
- Halo..? – powiedziała zmartwiona do aparatu, gdy podeszłam do niej, złapałam ją delikatnie za materiał sukienki – Oh! Michasia! Nan! Tu jesteście..!
- W-wybacz, że nie siedziałyśmy gdzie nam kazałaś – zaśmiałam  się przepraszająco. Nan z nieodgadnionym wyrazem twarzy stała już za mną.
- Oh nie, to ja przepraszam! Zostawiłam was same na tak długo! Ja prze... Zaraz... Co ci się stało?! – złapała mnie za nadgarstki i uważnie przyjrzała się moim dłoniom. – Szybko. Do domu. Zaraz ci to odkażę. Chwileczkę. – zatrzymała się i puszczając mnie dopadła się do Nan. – A Tobie dziecko? Nic się nie stało? – zaczęła ją oglądać. Oszołomiona zdołała cicho wydukać, że wszystko w porządku. Dla pewności kobieta obróciła ją jeszcze kilka razy, a potem znów chwyciła mnie. – Idziemy to odkazić. Ah! Powinnam to przewidzieć! – syknęła na siebie i pociągnęła nas w stronę małego domku w Ruinach.

środa, 14 czerwca 2017

Honey, Blueberry i inne słodkości - cz. I - Randkowanie









Kolejna seria~! :o

Hejka ;)
Startuję z nową serią. Będzie ona w formie komiksu... Oczywiście będę kontynuować Twikstale ^^
Zacznę od tego, że... Ja kocham Papyrusa. Nie oszukujmy się, kocham go bardziej niż cokolwiek innego <3 w każdym au xDDD
Bardziej niż Sansa ._.
XDD
No, a że moim ulubionym universum jest Swaptale, także mój komiks jest umieszczony właśnie w tym świecie. 

Ale mówiąc wprost... Nie chce mi się rysować xd Dlatego często rysunki są na odwal się, źle zeskanowane, nie do końca wyczyszczone... Może będą pojawiać się błędy.. Przepraszam ._.
Po prostu chcę podzielić się z wami tym .. co mam w głowie xD I tak.. zamieszczam serię pt.: Honey, Blueberry i inne słodkości <3
Ah moja nazwa <3
xDDD
No. Więc.. Mam nadzieję, że przyjmiecie ją ciepło ;)
Pozdrawiam <3

czwartek, 1 czerwca 2017

Rozdział IV - Inny świat

- W Podziemiu jest dużo zagadek. My, potwory, uwielbiamy zagadki! Żeby bezpiecznie przemieszczać się po Ruinach musisz umieć sobie z nimi radzić. – humanoidalna kozica rozwiązywała właśnie na naszych oczach kolejne pułapki. Przemieszczała się po układankach jak gdyby znała je na pamięć. Cóż… najprawdopodobniej tak było. Ja nadal miałam problem, żeby to ogarnąć. Nan bystro przyglądała się poczynaniom przewodniczki.
- No dobrze, moje maleństwa… Teraz zobaczymy jak mnie słuchałyście. – weszłyśmy do kolejnego pomieszczenia.
Ruiny były całkiem przyjemne. Otoczona ciepłym blaskiem pochodni i tutejszymi roślinami, przez chwilę zapomniałam, że znajdujemy się pare metrów pod ziemią.
Również i to pomieszczenie, do którego właśnie weszłyśmy nie wyglądało wrogo. Doryckie kolumny podtrzymujące sklepienie w pewien sposób ozdabiały to miejsce, mimo widocznych śladów upływu czasu na materiale.
- Żeby przejść tą zagadkę, musicie przełączyć odpowiednie włączniki. Żeby było wam łatwiej zaznaczyłam te, o które chodzi. – Toriel stanęła na końcu pokoju, czyli jakieś dziesięć metrów od nas..
- Okej.. zobaczmy… - mruknęłam pod nosem i podeszłam do przełączników. Nan towarzyszyła mi niczym cień. Z lekkim wahaniem przełączyłam wajchę zaznaczaną przez Strażniczkę strzałką. Rozejrzałam się w obawie, ze uruchomiłam jakąś pułapkę, ale gdy nic się nie stało, ruszyłam do kolejnej grupy włączników za kolumną. Tam również uruchomiłam odpowiednią i nabrawszy pewności, że jestem bezpieczna, przełączyłam resztę zaznaczonych włączniczków. Nan tylko uważnie obserwowała moje poczynania towarzysząc mi krok w krok. Dziwnie było czuć jej realność przy sobie.
Skończywszy stanęłyśmy przed kozią panią. Uśmiechnęła się zadowolona.
- Jestem taka dumna! Widać, ze słuchałyście uważnie!
- W zasadzie to nie było takie trudne… praktycznie podałaś nam odpowiedzi… - odważyłam się odezwać.
- Hm… Dobrze więc. – uniosła brew – Kolejne zadanie będzie bardziej wymagające. Chodźcie. – uśmiechnęła się przebiegle i podreptałyśmy za nią do kolejnego pomieszczenia. – Zamknijcie oczy - rozkazała.
Wykonałyśmy jej polecenie.
- Więc, dziewczynki… musicie po prostu same przejść ten korytarz – usłyszałam jej oddalający się głos – Będę czekać na końcu. Policzcie do 50 i otwórzcie oczy.
Liczyłam.
- … 44… 45… 46… 47… 48… 49… 50..! – wykrzyknęłam po dłuższym czasie. Zdjęłam dłonie z oczu i spojrzałam na Nan. Otworzyła przymknięte oczy i spojrzała na mnie bez żadnego wyrazu. Jej twarz była kompletnie pozbawiona wszelkich emocji. Za to emocje, które ja czułam na jej widok… Różnobarwna paleta. To wciąż było dla mnie nierealne… - Skończyłaś liczyć w tym samym momencie co ja?
- Nie liczyłam. Słuchałam Cię.
- A-ahm… Idziemy? – wyciągnęłam do niej dłoń. Złapała za nią i ruszyłyśmy przed siebie oświetlonym przez pochodnie korytarzem.

Było strasznie cicho i spokojnie. Ta cisza mnie przerażała. Absolutnie nic się nie działo. Sama wpędzałam się w najczarniejsze myśli. Rozglądałam się niespokojnie, reagując na każdy ruszający się cień, który w ruch wprawiał płomienie. Zerknęłam na Nan. Niewzruszona parła do przodu. Poczułam podziw do jej spokoju.
Zbliżałyśmy się już do końca pomieszczenia, gdy za ostatniej kolumny wychyliła się znajoma kozica.
- Toriel! – puściłam przyjaciółkę i rzuciłam się w kierunku kobiety. Ta z ciepłym uśmiechem odwzajemniła uścisk i rozłożyła szerzej ramiona obejmując też Nan. Poczułam jakbym znów miała 7 lat.. i nikt z obecnych nie dawał mi sygnałów, że to źle!
- Bardzo dobrze moje małe! Jestem z was dumna – wyraz jej pyszczka nie ukrywał wzruszenia. – No to skoro jesteście takie dzielne, to chyba mogę was tu na trochę zostawić, hm? – roześmiała się na widok wyrazu mojej twarzy, automatycznie zmarszczyłam brwi i zacisnęłam usta – Niedługo wrócę dzieciątka.. Czekajcie tu na mnie! – wstała – Aha! – zawróciła po chwili i wyciągnęła coś z połaci swego płaszcza – Macie, to jest telefon komórkowy. Poczekaj.. tylko wbije wam swój numer i…
- Po co ci dodatkowa komórka? – wyraz głosu mojej przyjaciółki był jakoś dziwnie wyprany z emocji. Dopiero teraz zaczęło mnie to głębiej zastanawiać.
- Oh.. ja… em… po prostu mam zapasową – zaśmiała się nerwowo w odpowiedzi i podała mi komórkę. Spojrzałam na Toriel, a ona pomachała nam na do-widzenia i pospiesznie się oddaliła, krzycząc jeszcze przez ramię, żebyśmy tu na nią poczekały.
Znikła za rogiem.
Usiadłam po turecku na ziemi i zaczęłam oglądać komórkę.
- Chyba żartujesz. – odezwała się Nan.
- Hm? – podniosłam na nią wzrok.
- Nie będziemy tu siedzieć i bezczynnie czekać. – wyciągnęła dłoń w moim kierunku.
- Ale Toriel…
- Wstawaj – ponagliła. Chwyciłam ją i podciągnęła mnie, żebym wstała.
- To… gdzie chcesz iść…?
- Przed siebie – ruszyła, a ja podreptałam grzecznie za nią, chowając podarunek do kieszeni spodni.
Wędrowałyśmy dłuższą chwilę po murach Ruin. Było tu wiele ciekawej, zabytkowej architektury mocno wypaczonej przez ząb czasu. Gdzieniegdzie potrafiłam dostrzec jakieś napisy w niezrozumiałym języku. A może po prostu były tak zatarte…? O dziwo żyło tu dużo roślin. Najwięcej dziwnie wykręconych krzewów, najczęściej łysych. Rdzawe liście układały się przy ich pniach niczym ozdobne dywany. Trafiłyśmy do pomieszczenia, w którym były cukierki w wielkiej misie. Od czasu do czasu wplątałyśmy się w jakąś pajęczynę. Podłoga była tu bardzo niestabilna. Gdy pierwszy raz zapadła się pode mną, myślałam, że Nan dostanie zawału. Ale na szczęście upadłam na kupę liści. Po chwili spadanie do podziemnych korytarzy na rdzawe stosy stało się naszą zabawą. Zaczęłyśmy się śmiać i rzucać liśćmi w siebie.
- Mam nadzieję, że nie zniszczyłyśmy czyjegoś domku rozwalając te stosy!
- Masz na myśli jakieś pająki albo szczypawki? – zaśmiała się moja przyjaciółka i rzuciła się w jednej chwili na mnie, wbijając mi palce pod zebra. W odpowiedzi zaczęłam piszczeć i rzucać się po liściach, a ona śmiała się nie przerywając tortur. – Czyżbyś nie lubiła szczypawek? Szczypu, szczypu, szczyp hahahaha!
- Nan..! Nan..! Hahahaha! o Boże, przestań, Nan.. hahaha! – nie mogłam złapać tchu.
- Hahaha, wreszcie mogę cię dotknąć, muszę to wykorzystać… - przerwała i spojrzała na mnie zadowolona. Podniosłam na nią wzrok lekko dysząc. Uśmiechnęłam się też i zaczęłam śmiać.
- To cud! Cud! Cud! Jesteś! Naprawdę..! – rzuciłam się na nią i upadłyśmy w liście. Leżałyśmy na plecach, wgapiając się w dziurę w suficie, przez którą przed chwilą wpadłyśmy.
- Wątpiłaś kiedyś w moje istnienie..? – zaśmiała się gorzko.
- Hah.. no wiesz… czasami zastanawiałam się…
-.. czy nie jesteś walnięta? Po co mi to mówisz, skoro znam cię na wylot.. mieszkałam w Tobie! – dźgnęła mnie znowu w żebro podśmiechując się.
- No weź! To zabrzmiało obrzydliwie i dwuznacznie! – pisnęłam również ją dźgając.
Zaśmiałyśmy się obie.
Chwyciłam garść liści, które miałam pod ręką i podrzuciłam je do góry. Z liśćmi na moją twarz upadła czerwona, wyblakła wstążka.
- Hm..? – podniosłam się i chwyciłam ją w dłonie. Moja towarzyszka również usiadła i spojrzała na moje znalezisko.
- Wygląda na… ludzką… - chwyciła ją w szpony i powąchała – Eh.. przeszła liśćmi i wilgocią…
- Myślisz, że od dawna tu leży..? Ciężko ją było zauważyć w tym stosie…
- Nie wiem… ale trochę mnie to.. niepokoi… Co się stało z jej właścicielką…?
Zamilkłam nie wiedząc co odpowiedzieć. Chciałam zażartować, że może to był właściciel, ale szczerze mówiąc, przez podejrzenia Nan, nie było mi teraz do śmiechu… Spojrzałam na wstążkę. Była ewidentnie zerwana… na jej środku wciąż widniała rozwalona kokarda. Brudne plany w okolicy przerwania świadczyły o brutalności jej zdjęcia. Dźwignęłyśmy się z liści w milczeniu. Spojrzałyśmy po sobie.
W końcu to świat… potworów…