czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział VI - Bezpieczeństwo

- Aaa..! Szczypie.. – syknęłam, gdy Toriel przyłożyła jakąś dziwną maź do moich dłoni.
- Będzie boleć… - syknęła. – To moja wina, że zostawiłam was na tak długo same, ale.. wciąż jestem zła, że jednak mnie nie posłuchałyście..!
 Opuściłam zmieszana głowę. Wydusiłam tylko ciche przepraszam i Toriel dalej w milczeniu nakładała mi maź na dłonie.
Znajdowałyśmy się w jej łazience. Siedziałam na koszu z praniem koło zlewu, a kobieta opatrywała moje zadrapania martwiąc się, żeby nie wdało się jakieś zakażenie. Nan siedziała naprzeciwko nas na skraju wanny. Nie oszukujmy się, to nie były jakieś groźne rany. Ale oby dwie moje towarzyszki strasznie panikowały. Toriel wyjęła bandaż. Przycisnęła mi jakieś liście do posmarowanych maścią miejsc i obwinęła to wszystko bandażem żeby się trzymało.
- To mówisz, ze zaatakował was „żabol”?
- Wielki żabol, tak. – zachichotała na moje słowa – Ale chyba bardziej bał się nas, niż my jego.
- Na pewno.. – mruknęła Toriel wyraźnie już udobruchana – I upadłaś na ziemię gdy na Ciebie skoczył?
- Tak! W sensie.. nie na mnie, obok mnie. Był ogromny! A jak skakał to wszystko się trzęsło!
- Eh… Potrafią być uciążliwe.. – westchnęła… Macie szczęście, ze nie spotkałyście żadnego Kapryśniaczka.. One dopiero są… kłopotliwe…
- A jak wyglądają?
- Takie małe łatające istotki.. Gdy się wystraszą potrafią przywołać cały rój na pomoc.
- Można je jakoś pokonać? – Nan przerwała konwersację.
- Hm.. wiesz kochanie… Ja uważam, że zawsze najlepszym rozwiązaniem wszelkich starć jest rozmowa.. Naprawdę da się dotrzeć do każdego tym sposobem.. – odpowiedziała kobieta.
Spojrzałam na swoje stopy. Moje buty całe przemiękły. Nagle poczułam jak szczypią mnie kolana. Miałam wrażenie, że przykleiły się do spodni. Toriel podążyła za mną wzrokiem.
- Maleństwo, wszystko w porządku? Nie zdarłaś sobie też kolan..?
- C-co..? N-nie.. Ja tylko… em.. chyba przemiękły mi buty..! Boję się, że jak je zdejmę nogi mi będą śmierdzieć..! – palnęłam szybko. Kobieta wyglądała na zmieszaną, a po chwili się roześmiała.
- Jak chcecie możecie się tu wykąpać. Jesteś pewna, ze nie masz rannych nóg? Zakładam, że upadając zdarłaś też kolana.. – Miała mnie. Kurva.. co teraz.. Ja.. Nie mogę…
- Czy coś się pali? – moja przyjaciółka zaciągnęła się powietrzem. Kozica błyskawicznie wstała.
- Moje ciasto..! Ch-chwileczkę..! – wybiegła z prędkością światła – Poradźcie sobie chwilę beze mnie! Odświeżcie się! –krzyknęła biegnąc w stronę kuchni.
- No. – Nan wstała i zamknęła drzwi przekluczając w nich zamek – To teraz.. zdejmuj spodnie.
- C-co..?! N-nan..!! – krzyknęłam zawstydzona, a ona w odpowiedzi uniosła brew. Westchnęłam. Wiedziałam, że nie miała na myśli nic zbereźnego. Wzięłam kolejny głęboki wdech i ściągnęłam najpierw buty.. potem skarpetki… spodnie… Delikatnie musiałam odkleić je od zakrwawionych kolan. Dziewczyna klękła przede mną,  a ja usiadłam na koszu.
- Uuuu… Trochę się zababrało… - mruknęła patrząc na obdarte kolana. Następnie spojrzała na moje uda. A raczej... na mój sekret…
Mój powód, dla którego nie mogłam zdjąć spodni przy Toriel.
Ani przy nikim innym.
Mój błąd.
Moje dzieło.
Moja kara.
Moje blizny.
Dotknęła delikatnie szponem wybrzuszeń na skórze. Odwróciłam wzrok przygryzając dolną wargę i zamknęłam oczy. Czułam jak gromadzą mi się pod powiekami łzy. Dziewczyna westchnęła cicho.
- Przynajmniej nie ma żadnych świeżych… - mruknęła-Długo nie miałaś ataków...- chwyciła maść. W ciszy wsmarowywała ją w obdrapane kolana. Bolało jak cholera. Ale nawet nie syknęłam. Pare razy się skrzywiłam, ale… czułam już gorszy ból.
- Ej! Wariatko!
- Hm…? – tępy ból w czaszce i rozbrzmiewający śmiech. Zakrwawiony kamień upadł obok mnie. Oprawca podrzucał już drugi w dłoni.
- Powiedz swojej przyjacióóółce, żeby cię obroniła – widziałam jak się zamachnął, tym razem odsunęłaś się by uniknąć pocisku.
- O ty szmato! Stój grzecznie, gdy człowiek celuje! – krzyknęła dziewczyna obok niego
- N-nie będę znosiła waszych ciosów! – mój głos był piskliwszy niż zamierzałam.
- Ah, tak..? – chłopak zakasał rękaw i skierował stopy w moim kierunku – zobaczymy. Pchnął mnie na ziemię a wtedy... ja... moje dłonie same..
- Michalina! – realny głos wyrwał mnie z wspomnień.
- Hm? – spojrzałam na nią w dół. Zmarszczyła brwi. Poczułam jak po moich policzkach toczą się łzy. - Hah.. wybacz... zamyśliłam się... oczy mi wyschły... czy coś... - zaśmiałam się wycierając szybko twarz.
- Nie myśl o tym teraz. Jesteś tu. Ze mną. Bezpieczna
Zaśmiałam się w odpowiedzi. Poczułam jak kolejne łzy spływają mi po policzku, ale nic nie odpowiedziałam. Spojrzałam się znów w ścianę, a tymczasem Nan skończyła nakładać mi opatrunek.

*** 

Siedziałyśmy już w sypialni. Najedzone i umyte. Toriel dała nam trochę za duże, ale wygodne piżamki. Uszykowała też ubrania na potem dla każdej z nas. Była bardzo troskliwa. Właśnie leżałyśmy w łóżku. Dostałyśmy własny pokój. Były tu dwa łóżka, więc z pomocą Toriel złączyłyśmy je ze sobą. Nan ciężko było się ze mną rozdzielać.
- Odpocznijcie maleństwa – uśmiechnęła się czule i zgasiła światło, przymknęła drzwi.
Leżałyśmy w jednym łóżku trzymając się za ręce. Patrzyłam na nią, a ona na mnie w ciemności.
- Dobranoc, Nan.. – szepnęłam.
- Dobranoc, Michasiu. – ścisnęła mocniej moją dłoń.

To było miłe. Istniała.. Istniała… Istniała…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz