- Aaa..! Szczypie.. – syknęłam, gdy Toriel przyłożyła
jakąś dziwną maź do moich dłoni.
- Będzie boleć… - syknęła. – To moja wina,
że zostawiłam was na tak długo same, ale.. wciąż jestem zła, że jednak mnie nie
posłuchałyście..!
Opuściłam zmieszana głowę. Wydusiłam tylko ciche
przepraszam i Toriel dalej w milczeniu nakładała mi maź na dłonie.
Znajdowałyśmy się w jej łazience. Siedziałam
na koszu z praniem koło zlewu, a kobieta opatrywała moje zadrapania martwiąc
się, żeby nie wdało się jakieś zakażenie. Nan siedziała naprzeciwko nas na
skraju wanny. Nie oszukujmy się, to nie były jakieś groźne rany. Ale oby dwie
moje towarzyszki strasznie panikowały. Toriel wyjęła bandaż. Przycisnęła mi
jakieś liście do posmarowanych maścią miejsc i obwinęła to wszystko bandażem
żeby się trzymało.
- To mówisz, ze zaatakował was „żabol”?
- Wielki żabol, tak. – zachichotała na moje
słowa – Ale chyba bardziej bał się nas, niż my jego.
- Na pewno.. – mruknęła Toriel wyraźnie już
udobruchana – I upadłaś na ziemię gdy na Ciebie skoczył?
- Tak! W sensie.. nie na mnie, obok mnie.
Był ogromny! A jak skakał to wszystko się trzęsło!
- Eh… Potrafią być uciążliwe.. – westchnęła…
Macie szczęście, ze nie spotkałyście żadnego Kapryśniaczka.. One dopiero są…
kłopotliwe…
- A jak wyglądają?
- Takie małe łatające istotki.. Gdy się
wystraszą potrafią przywołać cały rój na pomoc.
- Można je jakoś pokonać? – Nan przerwała
konwersację.
- Hm.. wiesz kochanie… Ja uważam, że zawsze
najlepszym rozwiązaniem wszelkich starć jest rozmowa.. Naprawdę da się dotrzeć
do każdego tym sposobem.. – odpowiedziała kobieta.
Spojrzałam na swoje stopy. Moje buty całe
przemiękły. Nagle poczułam jak szczypią mnie kolana. Miałam wrażenie, że
przykleiły się do spodni. Toriel podążyła za mną wzrokiem.
- Maleństwo, wszystko w porządku? Nie
zdarłaś sobie też kolan..?
- C-co..? N-nie.. Ja tylko… em.. chyba
przemiękły mi buty..! Boję się, że jak je zdejmę nogi mi będą śmierdzieć..! –
palnęłam szybko. Kobieta wyglądała na zmieszaną, a po chwili się roześmiała.
- Jak chcecie możecie się tu wykąpać. Jesteś
pewna, ze nie masz rannych nóg? Zakładam, że upadając zdarłaś też kolana.. –
Miała mnie. Kurva.. co teraz.. Ja.. Nie mogę…
- Czy coś się pali? – moja przyjaciółka
zaciągnęła się powietrzem. Kozica błyskawicznie wstała.
- Moje ciasto..! Ch-chwileczkę..! – wybiegła
z prędkością światła – Poradźcie sobie chwilę beze mnie! Odświeżcie się!
–krzyknęła biegnąc w stronę kuchni.
- No. – Nan wstała i zamknęła drzwi
przekluczając w nich zamek – To teraz.. zdejmuj spodnie.
- C-co..?! N-nan..!! – krzyknęłam
zawstydzona, a ona w odpowiedzi uniosła brew. Westchnęłam. Wiedziałam, że nie
miała na myśli nic zbereźnego. Wzięłam kolejny głęboki wdech i ściągnęłam
najpierw buty.. potem skarpetki… spodnie… Delikatnie musiałam odkleić je od
zakrwawionych kolan. Dziewczyna klękła przede mną, a ja usiadłam na koszu.
- Uuuu… Trochę się zababrało… - mruknęła
patrząc na obdarte kolana. Następnie spojrzała na moje uda. A raczej... na mój
sekret…
Mój powód, dla którego nie mogłam zdjąć spodni przy Toriel.
Ani przy nikim innym.
Mój błąd.
Moje dzieło.
Moja kara.
Moje blizny.
Dotknęła delikatnie szponem wybrzuszeń na
skórze. Odwróciłam wzrok przygryzając dolną wargę i zamknęłam oczy. Czułam jak
gromadzą mi się pod powiekami łzy. Dziewczyna westchnęła cicho.
- Przynajmniej nie ma żadnych świeżych… -
mruknęła-Długo nie miałaś ataków...- chwyciła maść. W ciszy wsmarowywała ją w obdrapane kolana. Bolało
jak cholera. Ale nawet nie syknęłam. Pare razy się skrzywiłam, ale… czułam już
gorszy ból.
-
Ej! Wariatko!
-
Hm…? – tępy ból w czaszce i rozbrzmiewający śmiech. Zakrwawiony kamień upadł
obok mnie. Oprawca podrzucał już drugi w dłoni.
-
Powiedz swojej przyjacióóółce, żeby cię obroniła – widziałam jak się zamachnął,
tym razem odsunęłaś się by uniknąć pocisku.
- O
ty szmato! Stój grzecznie, gdy człowiek celuje! – krzyknęła dziewczyna obok
niego
-
N-nie będę znosiła waszych ciosów! – mój głos był piskliwszy niż zamierzałam.
-
Ah, tak..? – chłopak zakasał rękaw i skierował stopy w moim kierunku –
zobaczymy. Pchnął mnie na ziemię a wtedy... ja... moje dłonie same..
- Michalina! – realny głos wyrwał mnie z
wspomnień.
- Hm? – spojrzałam na nią w dół. Zmarszczyła
brwi. Poczułam jak po moich policzkach toczą się łzy. - Hah.. wybacz... zamyśliłam się... oczy mi wyschły... czy coś... - zaśmiałam się wycierając szybko twarz.
- Nie myśl o tym teraz. Jesteś tu. Ze mną.
Bezpieczna.
Zaśmiałam się w odpowiedzi. Poczułam jak kolejne łzy
spływają mi po policzku, ale nic nie odpowiedziałam. Spojrzałam się znów w
ścianę, a tymczasem Nan skończyła nakładać mi opatrunek.
Siedziałyśmy już w sypialni. Najedzone i
umyte. Toriel dała nam trochę za duże, ale wygodne piżamki. Uszykowała też
ubrania na potem dla każdej z nas. Była bardzo troskliwa. Właśnie leżałyśmy w łóżku.
Dostałyśmy własny pokój. Były tu dwa łóżka, więc z pomocą Toriel złączyłyśmy je
ze sobą. Nan ciężko było się ze mną rozdzielać.
- Odpocznijcie maleństwa – uśmiechnęła się
czule i zgasiła światło, przymknęła drzwi.
Leżałyśmy w jednym łóżku trzymając się za ręce.
Patrzyłam na nią, a ona na mnie w ciemności.
- Dobranoc, Nan.. – szepnęłam.
- Dobranoc, Michasiu. – ścisnęła mocniej moją
dłoń.
To było miłe. Istniała.. Istniała… Istniała…
